środa, 20 listopada 2013

Choinka



 H. Ch. Andersen   (1805-1875)

      Daleko w lesie rosła śliczna mała choinka; wybrała sobie piękne miejsce, słońce miało do niej dostęp, powietrza było dużo i wszędzie dookoła niej rosło wielu jej starszych towarzyszy: sosny i świerki; ale mała choinka chciała tylko rosnąć,  nie myślała o gorącym słońcu ani o świeżym powietrzu, nie zwracała uwagi na wiejskie dzieci,
 które biegały rozmawiając i zbierając poziomki czy maliny; dzieci przychodziły z pełnym dzbankiem, układały jagody na trawie, a potem siadały obok choinki i mówiły:
      —  Jakie to śliczne, maleńkie drzewko! — Choinka nie lubiła tego. Następnego roku była już znacznie wyższa, a gdy znowu upłynął rok, urosła jeszcze bardziej; sądząc po ilości słojów, można było wiedzieć, ile ma lat.
      —  Ach, gdybym już była taka duża jak inne drzewa! — wzdychała mała choinka. — Mogłabym wtedy rozpostrzeć szeroko gałęzie i patrzeć w daleki świat. Ptaki wiłyby gniazda pośród moich gałęzi, a wiatrowi, gdyby zawiał, kłaniałabym się wytwornie głową, zupełnie tak samo jak inne drzewa!
      Nie cieszyło jej słońce ani ptaki, ani różowe obłoki, które przepływały wysoko nad nią co rano i co wieczór. Kiedy nadchodziła zima i wszystko wokoło przykryte było iskrzącym się, białym śniegiem, zdarzało się, że zając przeskakiwał przez choinkę (o, jakież to było irytujące!). Ale przeszły dwie zimy i na trzecią zimę drzewo zrobiło się takie duże, że zając musiał je okrążać.
      „Ach, rosnąć, rosnąć, być dużą, dorosłą to jedyne szczęście na świecie!" — myślała choinka.
Na jesieni przychodzili zawsze drwale i ścinali niektóre z dużych drzew, zdarzało się to co roku i młoda choinka, która była teraz zupełnie duża, drżała, bo wielkie, wspaniałe drzewa padały na ziemię z trzaskiem i hukiem. Odrąbywano gałęzie i drzewa leżały teraz nagie, wąskie i długie; trudno je było poznać, a potem ładowano je na wóz i konie wywoziły je z lasu. Dokąd je wieźli? Co je czekało?
      Na wiosnę, kiedy przylatywały jaskółka i bocian, choinka pytała ich:
      —  Czy nie wiecie, dokąd je zabrano? Czy nie spotkałyście ich?
Jaskółka nic nie wiedziała, ale bocian słuchał w zamyśleniu, kiwał głową i mówił:
      —  Tak, wydaje mi się, że wiem; kiedy leciałem z Egiptu, spotkałem wiele nowych okrętów; na okrętach były wspaniałe maszty, wydaje mi się, że to były one, pachniały sosną; pozdrawiałem je wielokrotnie, ale one stały tak dumnie, takie wyprostowane!
      —  Ach, gdybym to ja już była dość duża na to, aby jeździć po morzach! Jakie ono właściwie jest, to morze, i jak wygląda?
      —  To za trudne do wytłumaczenia! — powiedział bocian i odleciał.
      —  Raduj się twoją młodością! — mówiły promienie słoneczne. — Ciesz się z tego, że jesteś młoda, że rośniesz!
      Wiatr całował choinkę, rosa płakała nad nią łzami, ale drzewo nie rozumiało tego wcale.
Kiedy nadeszło Boże Narodzenie, ścięto dwa młode drzewka, może mniejsze, a może w tym samym wieku co choinka, ale ona nie miała ani chwili spokoju, tylko ciągle chciała w świat. Tym młodym drzewkom, a były to najpiękniejsze, nie odrąbano gałęzi, położono je na wozie i konie wywiozły je z lasu.
      —  Dokąd je zabierają? — pytała choinka. — Nie są większe ode mnie, jedna była nawet o wiele ode mnie mniejsza. Dlaczego zostawiono im wszystkie gałęzie? Dokąd je wiozą?
      —  Wiemy, wiemy! — ćwierkały wróble. — Zaglądałyśmy w mieście do okien! Wiemy, dokąd one jadą!
      Wiozą je do największych wspaniałości, jakie sobie można wyobrazić! Zaglądałyśmy do okien i widziałyśmy, że zasadzono je pośrodku ciepłego pokoju i ozdobiono najpiękniejszymi przedmiotami, złoconymi jabłkami, piernikami, zabawkami i tysiącem świeczek!
      —  A potem? — pytała choinka i drżała wszystkimi gałązkami. — A potem? Co się dzieje potem?
      —  Więcej nie widziałyśmy. Ale to było cudowne!
„Czy i ja jestem stworzona, aby pójść tą promienną drogą? — myślała choinka. — To jeszcze lepiej niż pływać po morzu! Jakże cierpię z tęsknoty! Żeby już nadeszło Boże Narodzenie! Oto jestem już duża i rozrośnięta, tak jak te, które wywieziono zeszłego roku! Ach, gdybym już była na wozie! Gdybym już była w tym ciepłym pokoju wśród przepychu i wspaniałości. A potem? Tak, potem będzie coś jeszcze piękniejszego, po co by mnie tak stroili? Potem musi się stać coś wspanialszego, większego — ale co? Ach, jakże cierpię, jakże tęsknię, nie wiem sama, co się ze mną dzieje!"
      —  Ciesz się ze mnie! — mówiło powietrze i światło słoneczne. — Ciesz się, że jesteś młoda, świeża i stoisz na wolności.
Ale choinka nie cieszyła się wcale; rosła i rosła, latem i zimą była zielona, ciemnozielona; ludzie, którzy ją widzieli, mówili:
      „To piękne drzewo!" A na Boże Narodzenie ścięto ją pierwszą. Siekiera przecięła ją głęboko aż do szpiku, choinka upadła z jękiem na ziemię, czuła ból, omdlenie i nie mogła wcale myśleć o swoim szczęściu; była zmartwiona, że musi porzucić miejsce rodzinne, rozłączyć się z pniem, z którego wyrosła; wiedziała, że już nigdy nie zobaczy swych drogich, starych towarzyszy, małych krzaczków i kwiatów, które dookoła niej rosły, może nawet i ptaków. Odjazd wcale nie był przyjemny.
      Choinka ocknęła się, kiedy wypakowano ją razem z innymi drzewami na podwórzu i kiedy usłyszała, jak jakiś człowiek powiedział:
      —  Ta jest wspaniała, tylko ta nam się przyda.
Potem przyszło dwóch służących w pięknej liberii i zaniosło choinkę do wielkiej, pięknej sali. Naokoło na ścianach wisiały portrety, a obok wielkich, kaflowych pieców stały wielkie chińskie wazy z lwami na pokrywach; stały tam bujające fotele, sofy kryte jedwabiem, wielkie stoły pokryte albumami i zabawki, które kosztowały sto razy po sto talarów (tak przynajmniej mówiły dzieci). Wstawiono choinkę w skrzynię do śmieci, napełnioną piaskiem, którą dla niepoznaki pokryto dookoła zielonym suknem, i postawiono ją na dużym barwnym dywanie. Ach, jakże drzewko drżało! Co się teraz stanie? Przyszli lokaje i pokojówki i zaczęto przystrajać choinkę. Powiesili na jej gałązkach małe siateczki, wycięte z kolorowego papieru; każda napełniona była cukierkami; złocone jabłka i orzechy zwieszały się jak przyrośnięte, a do gałęzi przymocowano przeszło sto czerwonych, niebieskich i białych świeczek. Lalki, które wyglądały jak żywi ludzie (choinka nie widziała takich nigdy przedtem), kołysały się wśród zieleni, a na szczycie drzewa umocowano wielką, złotą gwiazdę — to było wspaniałe, niewypowiedzianie wspaniałe!
      —  Dzisiaj wieczór — mówili wszyscy — dzisiaj wieczór zabłyśnie!
„Ach — myślała choinka. — Żeby to już był wieczór! Kiedyż już zapalą się świeczki? A co potem będzie? Czy przyjdą drzewa z lasu, aby mnie oglądać? Czy wróble przylecą do okien? Czy wrosnę tu na zawsze i będę stała zimą i latem, wystrojona?"
      Tak, czekała z upragnieniem, ale bolała ją bardzo kora z niecierpliwości, a bóle kory są tak przykre dla choinki jak bóle głowy dla nas.
      Wreszcie zapalono świeczki. Jaki blask! Jak cudownie! Gałęzie choinki drżały, tak że jedna ze świeczek zapaliła zieloną gałązkę; porządnie ją zabolało.
      —  Boże święty! — zawołały pokojówki i ugasiły prędko ogień.
Teraz choinka nie odważyła się już drżeć! O, jakie to było przykre! Bała się, że zgubi coś ze swych ozdób, była zupełnie oszołomiona tym całym blaskiem       Oto otworzyły się szeroko drzwi i do pokoju wtargnęła cała gromada dzieci tak gwałtownie, jak gdyby miały przewrócić drzewko; dorośli wchodzili spokojniej; dzieci stały oniemiałe, ale trwało to tylko chwilkę, potem zaczęły się znowu cieszyć, aż rozbrzmiewało, tańczyły dookoła drzewka i zrywały jeden podarek po drugim.
      „Co one robią? — myślało drzewko. — Co się jeszcze teraz stanie?"
Świeczki wypaliły się do końca, a gdy tylko która się wypaliła, gaszono ją natychmiast, a potem pozwolono dzieciom zrywać wszystko, co było na choince. Rzuciły się na nią tak, że aż trzeszczały wszystkie gałęzie; gdyby jej szczyt ze złotą gwiazdą nie był przywiązany do sufitu, przewróciłaby się na pewno.
      Dzieci tańczyły ze swymi pięknymi zabawkami, nikt nie patrzył już na choinkę z wyjątkiem starej niani, która podeszła i zaglądała pomiędzy gałązki, ale tylko po to, aby zobaczyć, czy nie zapomniano tam jeszcze jakiejś figi lub jabłka.
      —  Bajkę, bajkę! — wołały dzieci i ciągnęły małego, grubego człowieczka do choinki, człowieczek usiadł akurat pod samą choinką.
      —  Będzie nam miło wśród zieleni — powiedział — choinka także posłucha bajki, ale opowiem wam tylko jedną historię. Czy chcecie posłuchać bajki o Ivede-Avede, czy o Klumpe-Dumpe, który spadł ze schodów, ale mimo to spotkały go zaszczyty i zdobył rękę księżniczki?
      —  Ivede-Avede! — krzyczały jedne dzieci. — Klumpe-Dumpe! — wołały inne.
      Było tyle hałasu i krzyku, tylko choinka milczała i myślała sobie: „Czyż dla mnie nie ma tu nic do roboty, zupełnie nic!" Ale przecież spełniła już swe zadanie.
      Mały człowieczek opowiedział bajkę o Klumpe-Dumpe, który spadł ze schodów i w końcu zdobył rękę księżniczki. A dzieci klaskały w ręce i wołały:
      — Jeszcze! Jeszcze!— Chciały także usłyszeć drugą bajkę, ale usłyszały tylko tę jedną o Klumpe-Dumpe.
      Choinka stała cicha i zamyślona, ptaszki w lesie nigdy nie opowiadały jej nic podobnego o Klumpe-Dumpe, który spadł ze schodów, a jednak zdobył księżniczkę. „Więc to tak, tak dzieje się na świecie — myślała choinka i wierzyła, że tak było naprawdę, opowiadał to przecież taki miły pan.
      — Tak, tak, któż to może wiedzieć. Może i ja spadnę ze schodów, a potem dostanę księcia za męża." I myślała z radością o tym, że na drugi dzień ubiorą ją w świeczki, zabawki, złoto i owoce.
      „Jutro już nie będę drżała — myślała choinka — będę się cieszyła całym sercem z mego szczęścia. Jutro usłyszę znowu bajkę o Klumpe-Dumpe, może także tę drugą o Ivede-Avede."
      I przez noc całą drzewko stało ciche i zamyślone.
Rano przyszli służący i pokojówka.
      „Zaraz zaczną mnie na nowo stroić" — myślało drzewko. Ale wyciągnięto je z pokoju na strych, gdzie nie zaglądał ani jeden promyk słońca.
      „Co to ma znaczyć? — myślała choinka. — Co mam tu robić? Co ja tu usłyszę?" Oparła się o ścianę i rozmyślała... A miała dość czasu, bo upływały dni i noce, nikt do niej nie wchodził, a kiedy nareszcie ktoś przyszedł, to jedynie po to, aby wstawić do kąta parę wielkich skrzyń; drzewko stało ukryte: pewnie wszyscy o nim zapomnieli.
      „Teraz tam na dworze jest zima — myślała choinka. — Ziemia jest twarda i przykryta śniegiem, ludzie nie mogą mnie zasadzić i dlatego muszę tu czekać aż do wiosny w tym schronieniu. Jakże to świetnie obmyślone! Jacy ludzie są dobrzy! Gdyby tu tylko nie było tak ciemno i tak strasznie samotnie! Gdyby tu się zjawił przynajmniej jakiś mały zajączek. Jakże tam było przyjemnie w lesie, kiedy leżał śnieg i przelatywał zając; tak, nawet kiedy przeskakiwał przeze mnie, ale wówczas nie lubiłam tego. Tu na strychu jest tak strasznie samotnie."
      —  Pip! pip! — pisnęła w tej chwili mała myszka i wyskoczyła z kąta, a za nią biegła druga. Obwąchały drzewko i wsunęły się pomiędzy gałęzie.
      —  Jakże tu okropnie zimno — powiedziały obie małe myszki. — Gdyby nie to, byłoby tu dobrze, prawda, stara choino?
      —  Nie jestem wcale stara — powiedziała choinka. — Znam dużo, dużo drzew o wiele starszych ode mnie!
      —  Skąd się tu wzięłaś i co potrafisz? — pytały myszy. Były takie strasznie ciekawe. — Opowiedz nam o najpiękniejszym miejscu świata. Czy byłaś tam? Czy byłaś w spiżarni, gdzie leżą na półkach sery, gdzie spod sufitu zwisają szynki, gdzie się tańczy na świecach łojowych i gdzie się wchodzi chudym, a wychodzi tłustym?
      —  Nie znam tego miejsca — powiedziała choinka. — Ale znam las, gdzie świeci słońce i śpiewają ptaki! — I potem opowiedziała wszystko o swojej młodości, a małe myszki jeszcze nigdy niczego podobnego nie słyszały, więc słuchały uważnie i mówiły:
      —  Jakże ty dużo widziałaś. Jakże byłaś szczęśliwa!
      —  Ja? — spytała choinka i myślała o tym, co sama opowiedziała. — Tak, były to w istocie szczęśliwe czasy.       —  A potem opowiedziała o wieczorze wigilijnym, kiedy ozdobiono ją piernikami i świeczkami.
      —  O — powiedziały małe myszki — jakże byłaś szczęśliwa, stara choino!
      —  Nie jestem wcale stara — powiedziała choinka. — Dopiero tej zimy przybyłam z lasu. Jestem w najlepszych latach. Przestałam tylko dalej rosnąć.
      —  Jak ślicznie opowiadasz! — powiedziały myszki i następnej nocy przyszły z czterema innymi myszami, które także chciały słuchać, co drzewo opowiada, a im więcej choinka opowiadała, tym wyraźniej przypominała sobie sama wszystko i rozmyślała: „Były to jednak wesołe czasy. Ale mogą jeszcze wrócić, mogą wrócić. Klumpe-Dumpe spadł ze schodów, a pomimo to ożenił się z księżniczką, a może i ja dostanę księcia."
      A potem pomyślała o małym, ślicznym dębie w lesie, który mógłby jej zastąpić pięknego księcia.
      —  Kto to jest Klumpe-Dumpe? — pytały małe myszki.
Więc choinka opowiedziała im całą bajkę, pamiętała każde słowo, a małe myszki miały ochotę skakać z radości aż pod sam wierzchołek choinki. Następnej nocy przyszło o wiele więcej myszy, a w niedzielę nawet dwa szczury, ale te powiedziały, że bajka nie jest zajmująca, co bardzo zmartwiło małe myszki, bo wobec tego bajka przestała i im się podobać.
      —  Czy pani umie tylko tę jedną bajkę? — pytały szczury.
      —  Tylko tę jedną — odpowiedziała choinka. — Usłyszałam ją tego najszczęśliwszego wieczora, ale wtedy nie myślałam o tym, jaka jestem szczęśliwa!
      —  To bardzo nudne opowiadanie. Czy pani nie umie opowiedzieć jakiejś bajki o słoninie lub o łojowych świecach? Żadnej bajki spiżarnianej?
      —  Nie — powiedziało drzewko.
      —  Wobec tego dziękujemy — oświadczyły szczury i wróciły do swego towarzystwa. Małe myszki odeszły w końcu także i choinka westchnęła;
      —  Było jednak bardzo przyjemnie, kiedy te wesołe małe myszki siedziały dookoła mnie i słuchały, co im opowiadałam. I to przeszło! Ale będę o tym myślała i będę się cieszyła myślą, że mnie stąd zabiorą.
      Kiedyż to się stało? Tak, pewnego ranka przyszli jacyś ludzie i zaczęli porządkować strych. Odstawili skrzynie, wyciągnęli choinkę i rzucili ją co prawda dosyć ostro na ziemię, ale służący ściągnął ją natychmiast po schodach, tam gdzie był jasny dzień.
      „Teraz znowu zaczyna się życie" — pomyślała choinka, czuła świeże powietrze, pierwszy promień słońca i oto była na podwórzu. Wszystko odbyło się tak szybko, choinka zapomniała zupełnie spojrzeć na siebie samą, było tyle do oglądania wokoło niej. Podwórze przylegało do ogrodu, gdzie wszystko kwitło; róże pięły się na niskich sztachetach i były takie świeże i pachnące; kwitły lipy, a wokoło fruwały jaskółki i ćwierkały:
      —  Ćwir, ćwir, przyjechała nasza ukochana! — ale nie miały na myśli choinki. „Teraz będę żyła" — cieszyła się choinka i rozpostarła swoje gałęzie szeroko, gałęzie były zeschłe i żółte, a ona sama leżała w kącie pomiędzy chwastami i pokrzywami. Na jej wierzchołku tkwiła gwiazda ze złotego papieru i błyszczała w jasnym blasku słońca. Na podwórzu bawiło się kilkoro dzieci spośród tej wesołej gromadki, która na Boże Narodzenie tańczyła wokoło drzewka i tak się nim cieszyła. Jedno z najmniejszych podbiegło i zerwało złotą gwiazdę.
      —  Patrzcie, co tam zostało jeszcze na tej szkaradnej, starej choinie! — powiedział chłopiec i zaczął deptać gałęzie, aż trzeszczały pod jego butami.
      A choinka spojrzała na piękne, pachnące kwiaty w ogrodzie, spojrzała na siebie samą i zatęskniła do ciemnego kąta na strychu; myślała o swojej świeżej młodości w lesie, o wesołym wieczorze wigilijnym i o małych myszkach, które tak chętnie słuchały bajki o Klumpe-Dumpe.
      —  Skończyło się, skończyło! — powiedziała biedna choinka. — Dlaczego nie cieszyłam się wtedy, kiedy jeszcze było z czego? Skończyło się! skończyło!
      Przyszedł parobek i porąbał drzewo na małe kawałki, leżała ich już cała wiązka. Paliła się jasnym płomieniem pod wielkim kotłem do warzenia piwa i choinka wzdychała głęboko, każde westchnienie brzmiało niby krótki wystrzał i zwabiło dzieci bawiące się na podwórzu; usadowiły się przed ogniem, patrzały w płomień i wołały: — Piff! Paff!
      Przy każdym trzasku, który był głębokim westchnieniem, myślała choinka o letnim dniu w lesie i zimowej nocy, kiedy błyszczały gwiazdy, myślała o wieczorze wigilijnym i o Klumpe-Dumpe, jedynej bajce, którą usłyszała i którą potrafiła opowiedzieć, a potem spaliła się do reszty.
      Chłopcy bawili się na podwórzu, a najmniejszy z nich miał na piersi złotą gwiazdę, która zdobiła choinkę owego najszczęśliwszego wieczoru. Teraz się to skończyło i drzewka już nie ma, cała bajka się skończyła, skończyła tak, jak się kończą wszystkie bajki na świecie.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Czarodziejskie słowo

                                                                      Walentyna Osiejewa

     Malutki staruszek o długiej, siwej brodzie siedział na ławce i końcem parasola kreślił na piasku jakieś znaki.
—  Niech się pan posunie — powiedział Paweł i przysiadł na brzegu ławki.
Staruszek posunął się, spojrzał na czerwoną, nadąsaną twarz chłopca i powiedział:
—  Coś ci się przydarzyło...
Paweł rzucił spojrzenie z ukosa.
—  No to co? A panu co do tego?
—  Mnie nic do tego. Ale, jak widzę, przed chwilą krzyczałeś, płakałeś i kłóciłeś się z kimś.
—  I jak jeszcze! — odburknął gniewnie Paweł. — Na pewno niedługo zupełnie z domu ucieknę.
—  Uciekniesz?
—  Ucieknę. Choćby przez Zośkę ucieknę. — Tu Paweł zacisnął pięści. — O mały włos nie pobiłem się z nią teraz. Ani jednej farby nie chce dać. A sama ma ich tyle!
—  Nie chce dać? Ale z tego powodu uciekać nie warto.
—  Nie tylko przez to. Babcia za jedną marchewkę wypędziła mnie z kuchni... po prostu ścierką wypędziła!
      Paweł aż sapał z oburzenia.
—  Głupstwo! — powiedział staruszek. — Jeden cię skrzyczy, a drugi pogłaszcze.
—  Nikt mnie nie pogłaszcze! — wykrzyknął. — Brat łódką ma jechać, a mnie wziąć ze sobą nie chce. Ja mu mówię: lepiej weź mnie, bo i tak się nie odczepię, zabiorę wiosła i sam do łódki wlezę.
Pawełek uderzył pięścią w ławkę i nagle umilkł.
—  No i cóż? Brat nie chce cię zabrać?
—  A dlaczego pan o wszystko pyta? Staruszek pogładził długą brodę.
—  Pragnę ci dopomóc. Jest takie jedno czarodziejskie słowo.
Pawełek aż usta otworzył.
—  Powiem ci to słowo. Ale pamiętaj: trzeba je mówić cichym głosem, patrząc prosto w oczy temu, do kogo mówisz. Zapamiętaj: cichym głosem, patrząc prosto w oczy...
—  A jakie to słowo?
Staruszek pochylił się do ucha chłopca. Jego miękka broda dotknęła policzka Pawełka. Staruszek szepnął mu coś i głośno dodał:
—  To jest czarodziejskie słowo. Ale nie zapomnij, w jaki sposób je trzeba powiedzieć.
—  Spróbuję — uśmiechnął się Pawełek — zaraz spróbuję.
Zerwał się i pobiegł do domu.
      Zosia siedziała przy stole i rysowała. Przed nią leżały farby zielone, niebieskie, czerwone. Na widok Pawła zgarnęła je natychmiast i nakryła dłonią.
      „Oszukał mnie staruszek — pomyślał ze złością chłopiec. — Czyż ona zrozumie czarodziejskie słowo?"
      Zbliżył się z boku do siostry i pociągnął ją za rękaw. Siostra obejrzała się. Wtedy, patrząc jej w oczy, chłopiec powiedział cichym głosem:
—  Zosiu, daj mi jedną farbę... proszę cię...
Zosia   otworzyła   szeroko   oczy.   Palce   jej przestały ściskać farby i zdejmując rękę ze stołu, bąknęła zmieszana:
—  Jaką chcesz?
—  Ja bym chciał niebieską — powiedział nieśmiało Pawełek. Wziął farbę, potrzymał ją w dłoni, przeszedł się po pokoju i oddał farbę siostrze. Niepotrzebna mu była farba. Myślał teraz tylko o czarodziejskim słowie.
      „Pójdę do babci. Właśnie coś gotuje. Wypędzi mnie czy nie?"
Paweł otworzył drzwi do kuchni. Staruszka wyjmowała właśnie z brytfanny gorące pierożki. Wnuk podbiegł do niej, objął i zwrócił ku sobie jej zarumienioną, pomarszczoną twarz, spojrzał w oczy i szepnął:
—  Daj mi kawałek pierożka... proszę cię...
      Babcia wyprostowała się. Czarodziejskie słowo promieniowało z każdej zmarszczki na jej twarzy, z oczu i z uśmiechu.
—  Cieplutkiego, cieplutkiego zachciało ci się, gołąbku mój! — powiedziała i wybrała najlepszy rumiany pierożek.
      Paweł aż podskoczył z radości i ucałował babcię w oba policzki.
—  Czarodziej! Czarodziej! — szeptał do siebie wspominając staruszka.
Przy obiedzie siedział cicho i przysłuchiwał się każdemu słowu brata.
Kiedy brat powiedział, że popłynie łódką, Paweł położył mu rękę na ramieniu i po cichu poprosił:
—  Weź mnie ze sobą... proszę cię...
Przy stole od razu wszyscy zamilkli. Brat podniósł brwi do góry i uśmiechnął się.
—  Zabierz go — powiedziała naraz siostra. — Cóż ci to szkodzi?
—  Dlaczego byś nie miał zabrać? — uśmiechnęła się babcia. — Naturalnie, zabierz go.
—  Proszę cię — powtórzył Paweł. Brat roześmiał się głośno, poklepał chłopca po ramieniu, zwichrzył mu włosy.
—  Ech, ty podróżniku! No, dobrze, przygotuj się.
      Pomogło! Znowu pomogło!
Pawełek zerwał się od stołu, wybiegł na ulicę. Ale na skwerze nie znalazł już staruszka. Ławka była pusta. Tylko na piasku widniały nakreślone niezrozumiałe znaki.

niedziela, 17 listopada 2013

Opowiadanie o matce

                                                                H. Ch. Andersen      (1805 - 1875)

      Pewnego razu matka siedziała przy kołysce swego dziecięcia i była bardzo smutna, obawiała się, że dziecina umrze. Dziecko było takie blade, oczki miało zamknięte i oddychało tak słabo, to znowu ciężko wciągało powietrze, jak gdyby wzdychało; a matka spoglądała coraz niespokojniej na swoje maleństwo.
      Aż tu ktoś puka do drzwi: przyszedł ubogi staruszek, okryty końską derką, aby się ogrzać, bo była surowa zima. Wszystko na dworze pokryte było lodem i śniegiem, a wiatr dął mocno i szczypał w policzki.
      A ponieważ starzec drżał z chłodu, a dziecko zdrzemnęło się na chwilkę, matka wyszła, aby wstawić do pieca garnuszek z piwem; chciała, by człowiek mógł się ogrzać; stary siedział w izbie kołysząc kołyskę, a matka usiadła na krześle tuż obok; spoglądała na chore dziecko, które tak ciężko oddychało i poruszało rączyną.
      — Jak myślisz, czy ono umrze? — powiedziała kobieta. — Chyba Bóg nie zechce mi go zabrać?
A starzec, a była to śmierć sama, tak dziwnie pokiwał głową, co mogło równie dobrze oznaczać „tak" jak i „nie".
      A matka opuściła głowę i łzy pociekły jej po policzkach; głowa jej ciążyła bardzo, trzy noce i trzy dni nie zmrużyła oka, więc zasnęła, ale tylko na chwileczkę, zaraz się przebudziła i wzdrygnęła z chłodu.
      —  Cóż to znaczy? — powiedziała i obejrzała się na wszystkie strony. Ale starca nie było i dziecka nie było w pokoju. Zabrał je z sobą! A w kącie stary zegar brzęczał i brzęczał, wielki, ołowiany ciężar osunął się aż na podłogę i zegar nagle stanął.
      Biedna matka wybiegła z domu wołając swego dziecka.
Na dworze, w śniegu, siedziała kobieta odziana w długie, czarne suknie i powiedziała:
      —  To śmierć była u ciebie w izbie, widziałam, jak spiesznie wychodziła z dzieckiem na ręku; ona jest szybsza od wiatru i nigdy nie przynosi z powrotem tego, co raz zabrała.
      —  Powiedz mi tylko, którędy poszła! — powiedziała matka — pokaż mi tylko drogę, a ja już ją znajdę!
      —  Znam ja drogę! — powiedziała kobieta w czarnych sukniach — ale nim ci ją wskażę, musisz mi zaśpiewać wszystkie te pieśni, które śpiewałaś swojemu dziecku. Bardzo je lubię, słuchałam ich nieraz; jestem nocą, widziałam, jak płakałaś śpiewając.
      —  Zaśpiewam ci je wszystkie, wszystkie! — powiedziała matka — ale mnie nie zatrzymuj, dogonię ją i odnajdę moje dziecko!
      Ale noc siedziała cicha i milcząca, a wtedy matka załamała dłonie, śpiewała i płakała, i wiele było tam pieśni, ale łez jeszcze więcej. Wtedy noc powiedziała:
      —  Idź na prawo przez ten ciemny, sosnowy las, tamtędy, widziałam, poszła śmierć z twoim dziecięciem.
      W głębi lasu drogi krzyżowały się i matka nie wiedziała, w którą stronę ma iść. A stał tam krzak cierniowy, który nie miał na sobie ani listka, ani kwiatka, bo przecie to była zima i śnieg okrywał gałęzie.
      —  Czy nie przechodziła tędy śmierć z moim małym dzieckiem?
      —  Przechodziła — powiedział krzak cierniowy. — Ale ci nie powiem, w którą poszła stronę, zanim nie ogrzejesz mnie twoim sercem. Zamarzam całkiem, zmieniam się w czysty lód!
      Więc matka przycisnęła krzak cierniowy do swojej piersi mocno, ażeby mógł się dobrze ogrzać, a ciernie wpijały się w jej ciało i krew popłynęła wielkimi kroplami i krzak cierniowy wypuścił świeże, zielone liście i kwiaty pojawiły się na nim w ciemną, zimową noc, tak było gorące zrozpaczone matczyne serce. I krzak cierniowy wskazał jej drogę, którą miała iść.
      Wtedy przyszła nad wielkie jezioro, na którym nie widać było ani okrętu, ani żadnej łódki. Jezioro nie było tak zamarznięte, aby mogło ją utrzymać, ani tak płytkie, aby można było przez nie przebrnąć, a musiała przedostać się na drugi brzeg, jeżeli chciała znaleźć swoje dziecko; położyła się więc i chciała wypić jezioro, a to przecież niemożliwe dla człowieka. Ale zrozpaczona matka myślała, że może jednak nastąpi cud.
      —  Nie, tak nic nie poradzisz — powiedziało jezioro — lepiej się jakoś pogódźmy! — Bardzo lubię zbierać perły, a twoje oczy są najczystszymi perłami, jakie widziałem. Wypłacz je do mnie, to cię przewiozę na drugą stronę aż do wielkiej cieplarni, gdzie mieszka śmierć i hoduje kwiaty i drzewa, a każde z nich jest życiem ludzkim.
      —  O, czegóż ja nie oddam, byle tylko dostać się do mego dziecka! — powiedziała płacząca matka i zapłakała jeszcze bardziej i oczy jej spłynęły na dno wody i stały się dwiema kosztownymi perłami, a jezioro podjęło ją, tak jakby siedziała na huśtawce i przeniosło ją z falą na drugi brzeg, gdzie stał na milę obszerny dom, dziwny, bo nie wiadomo było, czy to jest góra pełna lasów i grot, czy też wzniesiona budowla; ale biedna matka nie widziała tego, bo przecież wypłakała swoje oczy.
      —  Gdzież ja znajdę śmierć, która zabrała mi moje dzieciątko? — zapytała.
      —  Jeszcze nie wróciła — powiedziała stara grabarka, która pilnowała wielkiej cieplarni śmierci. — Jakeś tu się dostała i kto ci pomagał w drodze?
      —  Pan Bóg mi pomagał! — powiedziała matka — jest On miłosierny, bądź więc i ty miłosierna! — Gdzie mogę znaleźć moje dziecko?
      —  Nie znam twego dziecka — powiedziała kobieta — a ty jesteś niewidoma. Wiele kwiatów i drzew zwiędło dzisiejszej nocy. Śmierć przyjdzie wkrótce i przesadzi je! Wiesz przecie, że każdy człowiek ma drzewo swego życia albo kwiat w zależności od tego, jak mu się życie toczy. Wyglądają one jak inne rośliny, tylko że bije w nich serce. Dziecięce serduszko także bije. Przysłuchaj się, może poznasz twoje dziecko po tym! Ale co mi oddasz, jeżeli ci powiem, co masz dalej czynić?
      —  Już nic nie mam do oddania — powiedziała zrozpaczona matka — ale mogę pójść dla ciebie choć na koniec świata.
      —  Nie mam tam nic do roboty — powiedziała kobieta — ale możesz mi dać twoje długie, czarne włosy, sama wiesz, jakie są piękne, a mnie się bardzo podobają! Oddam ci w zamian moje siwe, zawsze coś będziesz miała!
      —  Nie chcesz nic innego? — powiedziała matka — włosy oddam ci z radością. — I oddała jej swój piękny, czarny warkocz i otrzymała w zamian siwe włosy staruszki.
      A potem weszła do wielkiej cieplarni śmierci, gdzie kwiaty i drzewa bujnie rosły, jedne przez drugie. Stały tam piękne hiacynty pod szklanymi kloszami, a obok wielkie, mocne peonie; rosły tam wodne rośliny, niektóre świeże, inne na pół zwiędłe, ślimaki wodne oblepiały je, a czarne raki przywierały do ich łodyg. Stały tam wspaniałe palmy, dęby i platany, rosła pietruszka i kwitnął tymianek; każde drzewo i każdy kwiat nosiły jakieś nazwisko, bo każde było ludzkim życiem, życiem ludzi żyjących jeszcze to w Chinach, to w Grenlandii, rozsypanych po całym świecie.
      Były tam wielkie drzewa w małych doniczkach, stały ściśnięte i rozsadzały prawie doniczki korzeniami, a w wielu miejscach stały małe, słabe kwiatki w tłustej ziemi, otoczone mchem, starannie pielęgnowane i polewane. Zrozpaczona matka pochylała się nad każdą najmniejszą roślinką i przysłuchiwała się, jak w nich bije ludzkie serce i pośród milionów poznała serce swego dziecka.
      —  Oto ono! — krzyknęła i wyciągnęła rękę do małego, liliowego krokusa, który, całkiem chory, pochylił się w jedną stronę.
      —  Nie ruszaj kwiatu! — powiedziała stara — tylko stań tutaj, a kiedy śmierć nadejdzie, a już nadchodzi, czuję to, nie pozwól jej wyrwać tego kwiatka i zagroź jej, że wyrwiesz wtedy wkoło inne kwiaty, wówczas śmierć się przestraszy; za każdy kwiat bowiem odpowiada przed Panem Bogiem i żadnego nie można zerwać, zanim On nie da rozkazu.
      Nagle powiało chłodem w całym budynku i ślepa matka zrozumiała, że to śmierć nadchodzi.
      —  Jakeś znalazła drogę aż tutaj — spytała śmierć — jak mogłaś przybyć tu prędzej ode mnie?
      —  Jestem matką — odpowiedziała tamta.
I śmierć wyciągnęła swą rękę ku małemu kwiatkowi, ale matka schwyciła ją za ręce i trzymała je mocno starając się nie dotknąć płatków krokusa. Wtedy śmierć dmuchnęła na jej dłonie i matka poczuła, że powiew ten jest chłodniejszy od najchłodniejszego wiatru i ręce jej zwisły bezwładnie.
      —  Nie możesz sobie poradzić ze mną! — powiedziała śmierć.
      —  Ale Bóg sobie poradzi!
      —  Czynię tylko to, co On chce — powiedziała śmierć. — Jestem tylko stróżem jego ogrodu! Wszystkie jego kwiaty i drzewa zabieram stąd i przesadzam do wielkiego rajskiego ogrodu w nieznanym kraju. Ale jak one tam rosną i jak tam jest, nie mogę ci powiedzieć.
      —  Oddaj mi moje dziecko! — powiedziała matka i płakała, i prosiła; nagle schwyciła w dłonie dwa kwiaty rosnące w pobliżu i zawołała do śmierci: — Zerwę wszystkie twoje kwiaty, nic innego nie pozostaje już mojej rozpaczy.
      —  Nie rusz ich! — powiedziała śmierć. — Powiadasz, że jesteś nieszczęśliwa, a teraz chcesz unieszczęśliwić tak samo inną matkę...
      —  Inną matkę? — powiedziała biedaczka i wypuściła natychmiast oba kwiaty z dłoni.
      —  Masz tu twoje oczy — powiedziała śmierć. — Wyłowiłam je z jeziora, tak błyszczały na dnie, nie wiedziałam, że to są twoje oczy. Weź je z powrotem, są teraz jeszcze jaśniejsze niż przedtem. Spojrzyj tylko w głęboką studnię obok ciebie, ja wymienię nazwiska tych dwóch kwiatków, które chciałaś zniszczyć i ujrzysz całą ich przyszłość, całe ich życie: patrz, co chciałaś zniszczyć i co miałaś zepsuć!
      Matka spojrzała do studni i zobaczyła, że jeden z tych ludzi stał się błogosławieństwem dla świata; jak wiele szczęścia i radości otaczało go zewsząd! A potem ujrzała życie innego i była to troska i nędza, zbrodnia i nędza.
      —  I jeden los i drugi zależą od woli boskiej — powiedziała śmierć.
      —  Któryż kwiat jest kwiatem nieszczęsnym, a który szczęśliwym? — spytała matka.
      —  Tego ci nie powiem — rzekła śmierć — ale dowiesz się ode mnie, że jeden z tych kwiatów był kwiatem twego dziecka, widziałaś losy twego dziecka, twego rodzonego dziecka przyszłość.
      Wtedy matka wydała okrzyk przerażenia:
      —  Który z nich był moim dzieckiem? Powiedz mi to! Ocal niewinnego! Ocal moje dziecko od nędzy! Raczej je zabierz! Zabierz do krainy bożej! Zapomnij łzy moje, zapomnij modlitwy i wszystko, co powiedziałam i co uczyniłam!
      —  Nie rozumiem cię — powiedziała śmierć. — Czy chcesz odebrać dziecko, czy mam z nim odejść do nie znanej tobie krainy?
      A wtedy matka załamała ręce, upadła na kolana i modliła się do Pana Boga:
      —  Nie słuchaj mnie, jeżeli modlę się przeciw Twojej woli! Ona jest najdoskonalsza. Nie słuchaj mnie! Nie słuchaj mnie!
      I głowa jej opadła na piersi.
A śmierć z jej dziecięciem w ramionach odeszła do nieznanej krainy.

Cień

                                                                H. Ch. Andersen      (1805 - 1875)

     W ciepłych krajach słońce pali co się zowie. Ludzie opalają się tam na mahoniowo, a w najgorętszych stronach opalają się nawet na Murzynów. Otóż do tych ciepłych krajów przywędrował pewien uczony z północnych stron; zdawało mu się, że może tam tak spacerować jak u siebie w domu. Ale bardzo prędko odzwyczaił się od tego. Musiał tak jak wszyscy rozsądni ludzie siedzieć w mieszkaniu, a okiennice i drzwi trzymać zamknięte przez cały dzień; wyglądało to tak, jak gdyby cały dom spał albo jak gdyby nikogo w domu nie było.
     Ciasna ulica z wysokimi domami, przy której uczony mieszkał, miała takie położenie, że promienie słoneczne świeciły nad nią od rana do nocy; było istotnie nie do wytrzymania. Uczony z zimnych krajów był to człowiek młody i mądry; zdawało mu się, że siedzi w rozpalonym piecu i to męczyło go. Chudł coraz bardziej i w końcu nawet cień jego skurczył się i stał się o wiele mniejszy niż w ojczyźnie, słońce pastwiło się i nad nim. Obydwaj odżywali dopiero wieczorem po zachodzie słońca.
     Był to bardzo zabawny widok; skoro tylko zapalano światło w pokoju, cień wydłużał się na ścianie, sięgał wyżej, czasem aż na sufit; musiał się tak wyciągać, aby znowu nabrać sił. Uczony wychodził na balkon, żeby tam rozprostować swe członki, a kiedy gwiazdy ukazywały się na pięknym, czystym niebie, zdawało mu się, że zaczyna na nowo żyć. Na wszystkich balkonach wychodzących na ulicę (a w ciepłych krajach przed każdym oknem znajduje się balkon) ukazywali się ludzie, gdyż świeże powietrze potrzebne jest każdemu, nawet gdy się jest przyzwyczajonym do opalania się na mahoń.      
      Wówczas ożywiało się wszystko w górze i na dole. Szewcy czy krawcy, wszyscy wychodzili na ulicę, wystawiano stoły i krzesła, zapalano światła, tysiące świateł; jedni rozmawiali, inni śpiewali, ludzie przechadzali się, wozy turkotały, osły pędziły, dzińdzielińdziń-dzieliń — dzwoniły dzwonki uwiązane u ich szyi; chowano zmarłych przy dźwiękach psalmów, ulicznicy rzucali skaczące żabki; dzwony kościelne dzwoniły — tak, naprawdę było bardzo gwarno na ulicy.
     Tylko w jednym domu, który stał naprzeciwko domu uczonego, było zupełnie cicho, a jednak ktoś tam mieszkał, gdyż na balkonie rosły kwiaty; kwitły one tak pięknie w żarze słonecznym, a przecież nie mogłyby kwitnąć, gdyby ich nie podlewano, więc ktoś musiał je podlewać, to znaczy, że ktoś musiał tam mieszkać. Wieczorem otwierały się nawet jakieś drzwi, ale poza nimi było ciemno, przynajmniej we frontowym pokoju, z głębi mieszkania zaś dochodziły dźwięki muzyki. Obcemu uczonemu wydawała się ta muzyka nieporównanie piękna, ale mógł sobie również zupełnie dobrze tylko tak wmawiać, gdyż właściwie w tych gorących krajach wszystko wydawało mu się cudowne, gdy tylko słońce nie paliło. Gospodarz uczonego mówił, że nie wie, kto wynajął dom naprzeciwko, nie widać w nim przecież nikogo, a co do muzyki, to jemu wydaje się ona niesłychanie nudna.
     — Brzmi to tak, jak gdyby ktoś tam siedział i ćwiczył jeden kawałek, z którym nie może sobie dać rady, wciąż ten sam kawałek. „A jednak go zagram!" — mówi do siebie, ale nic nie wychodzi, mimo że gra i gra.
     Pewnej nocy cudzoziemiec obudził się; spał przy otwartych drzwiach balkonu, wiatr uniósł firankę, która je zasłaniała i wówczas ujrzał, że z sąsiedniego balkonu pada cudowny blask, wszystkie kwiaty świeciły jak płomienie w najpiękniejszych barwach, a pośród kwiatów stała wysmukła, urocza dziewica; zdawało się, że i ona świeci. Olśniło go to, otwierał szeroko oczy przetarte dopiero co ze snu. Jednym susem wyskoczył z łóżka, cichutko wsunął się za firankę, ale dziewica już znikła, blask przepadł, kwiaty nie świeciły, kwitły tylko tak pięknie jak zwykle; drzwi były odemknięte i z oddali płynęła muzyka tak urocza i rzewna, że można było przy jej dźwiękach snuć najsłodsze myśli.
     Było to niby sen czarodziejski. Kto tam mieszkał? Gdzie było właściwe wejście? Cały parter zajmowały sklepy, sklep przy sklepie, a tamtędy ludzie nie mogli przecież przechodzić.
     Pewnego wieczoru cudzoziemiec siedział na swoim balkonie, w pokoju tuż za nim paliło się światło, było więc zupełnie naturalne, że jego cień padał na ścianę przeciwległego domu i siedział tam wprost naprzeciw wśród kwiatów na balkonie, a gdy uczony się poruszył, jego cień poruszał się także, jak to zwykle bywa.
     —  Zdaje mi się, że mój cień jest jedyną żywą istotą, którą się tam widzi — powiedział uczony. — Proszę patrzeć, jak mu dobrze wśród kwiatów, drzwi są ledwo przymknięte, gdyby mój cień był mądry, wszedłby do pokoju, rozejrzał się, a potem wrócił i opowiedział mi wszystko, co widział. Tak, przynajmniej przydałbyś się na coś — dorzucił żartem. — Bądź tak łaskaw i wejdź. No cóż, wejdziesz?
     — I kiwnął głową cieniowi, a cień odpowiedział mu tym samym gestem. — Więc idź, ale nie zapomnij wrócić. — I uczony podniósł się, a jego cień na przeciwległym balkonie podniósł się również; uczony odwrócił się i jego cień odwrócił się również; gdyby ktoś bacznie zwrócił na to uwagę, zobaczyłby wyraźnie, jak cień wszedł wprost przez wpółprzymknięte drzwi balkonowe przeciwległego domu w tej samej chwili, kiedy uczony wrócił do pokoju i zaciągnął za sobą długą firankę.
     Następnego ranka wyszedł uczony, aby napić się kawy i przeczytać gazety.
     —  Co to jest! — zawołał, skoro stanął w blasku słońca. — Przecież ja nie mam cienia! Więc naprawdę poszedł wczoraj wieczorem i nie wrócił; a to przykra historia!
     Gniewało go to, ale nie tylko dlatego, że cień sobie poszedł, lecz dlatego, że znał opowiadanie o człowieku, bez cienia, znali je zresztą wszyscy jego rodacy w zimnych krajach, więc gdyby teraz wrócił i opowiedział swoją własną historię, powiedzieliby, że naśladuje innych, a na to nie chciał się narażać. Wolał wcale o tym nie mówić i to było daleko rozsądniej sze.
     Wieczorem wyszedł znów na swój balkon, światło umieścił poza sobą, gdyż wiedział, że cień lubi, by jego pan był mu parawanem, ale nie udało mu się przywabić go; kurczył się, wyciągał — nic nie pomagało — cienia nie było; chrząkał: hm, hm. Ale i to nie skutkowało.
     Było mu nieprzyjemnie, ale w gorących krajach rośnie wszystko tak szybko, że po upływie tygodnia uczony zauważył z wielką radością, że nowy cień wyrasta mu spod nóg, skoro tylko wychodzi na światło słoneczne; widać korzenie zostały. Po trzech tygodniach miał już zupełnie przyzwoity cień, który gdy uczony wracał do swoich północnych stron, w podróży coraz bardziej rósł, aż w końcu stał się tak długi i duży, że połowa wystarczyłaby w zupełności.
     Tak więc powrócił uczony do siebie, pisał książki o tym, co na świecie jest prawdziwe, o tym, co dobre i piękne, a dnie płynęły, minął rok, minęło wiele lat.
     I oto uczony siedzi pewnego wieczoru w swym pokoju; wtem ktoś puka cicho do drzwi.
     —  Proszę! — powiedział uczony, ale nikt nie wchodzi; otwiera drzwi i widzi przed sobą tak niezwykle chudego człowieka, że aż oczom nie dowierza. Zresztą człowiek ten był bardzo starannie ubrany i wyglądał na wytwornego mężczyznę.
     —  Z kim mam zaszczyt? — zapytał uczony.
     —  Pomyślałem sobie od razu, że pan mnie nie pozna. Nabrałem tyle ciała, przyodziałem się tak dostatnio. Nie wyobrażał pan sobie zapewne nigdy, że zobaczy mnie w takim dostatku? Cóż, nie poznaje pan swego dawnego cienia? Tak, myślał pan, że już nigdy nie wrócę. Doskonale mi się powodziło od owego czasu, kiedy odszedłem od pana. Wzbogaciłem się pod każdym względem i teraz, jeśli zechcę wykupić się od służby, to mnie na to stać. — I zaczął pobrzękiwać pękiem kosztownych breloków, które wisiały mu przy zegarku, rękę wsadził w gruby łańcuch złoty, który nosił na szyi, na wszystkich zaś palcach błyszczały brylantowe pierścionki — wszystko było prawdziwe.
     —  Nie mogę tego pojąć! — zawołał uczony. — Co to wszystko ma znaczyć?
     —  Tak, to nie jest zwykła rzecz — rzekł cień. — Ale i pan nie należy do zwykłych ludzi, a ja, jak pan dobrze wie, od dzieciństwa dreptałem panu po piętach. Skoro tylko pan uznał, że dojrzałem dostatecznie, aby pójść sam w świat, poszedłem własnymi drogami; znajduję się teraz w najświetniejszych warunkach, ale ogarnęła mnie jakaś tęsknota, aby pana jeszcze raz zobaczyć przed pańską śmiercią. Bo przecież pan umrze. Przy tym chciałem jeszcze raz zobaczyć te strony, ma się zawsze pewne przywiązanie do ojczyzny. Wiem, że panu towarzyszy inny cień, czy mam wobec niego albo wobec pana jakieś zobowiązania? Proszę mi to tylko otwarcie powiedzieć.
     —  Czyżbyś to ty był naprawdę? — zadziwił się uczony. — To istotnie nadzwyczajne. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że własny cień może wrócić w postaci człowieka.
     —  Proszę mi powiedzieć, ile mam panu zapłacić — mówił cień — gdyż nie lubię mieć jakichkolwiek długów.
     —  Co też ty mówisz? — zawołał uczony. — O jakim tu długu może być mowa? Jesteś zupełnie wolny. Cieszę się niewymownie z twego powodzenia. Siadaj, stary przyjacielu i opowiedz mi coś niecoś o tym, jak ci się wiodło i coś widział w domu naprzeciwko, tam w tych gorących krajach.
     —  Owszem, chętnie panu opowiem — rzekł cień i usiadł. — Ale w zamian za to musi mi pan przyrzec, że nigdy nikomu w tym mieście nie powiesz, iż byłem pańskim cieniem. Mam zamiar zaręczyć się; mógłbym sobie pozwolić na utrzymanie nie tylko jednej rodziny.
     —  Nie obawiaj się! — rzekł uczony. — Nie powiem nikomu, kim właściwie jesteś, oto moja ręka. Słowo uczciwego człowieka.
     —  Słowo uczciwego cienia! — powtórzył cień, gdyż inaczej nie mógł powiedzieć. Ta przemiana z cienia w człowieka była istotnie nadzwyczajna. Ubrany był czarno i to w najcieńsze czarne sukno, miał lakierki i kapelusz, który dawał się składać tak, że zostawało tylko rondo i denko, nie mówiąc już o tym, o czym wiemy, to jest o brelokach, o złotym łańcuchu i pierścionkach brylantowych; istotnie — cień był niesłychanie wykwintnie ubrany, co właśnie przyczyniało się do tego, że wyglądał na prawdziwego człowieka.
     —  A więc opowiadam — rzekł cień i postawił nogi w lakierkach z całej siły na rękawie nowego cienia, który niby pudel leżał u stóp uczonego. Uczynił tak może z wyniosłości, a może dlatego, aby nowy cień przywarł szczelnie; leżący cień zachowywał się bardzo cicho i spokojnie, pewnie dlatego, aby dobrze słyszeć, chciał także wiedzieć, jak to się można wyzwolić i stać się panem samego siebie.
     —  Wie pan, kto mieszkał w tym domu naprzeciwko? — rzekł cień. — To było najpiękniejsze ze wszystkiego, to była Poezja. Mieszkałem tam trzy tygodnie i ten pobyt miał na mnie taki wpływ, jak gdybym żył trzy tysiące lat i przeczytał wszystko, co zostało napisane wierszem. Wiem, co mówię. Wszystko widziałem i wszystko wiem.
     —  Poezja! — zawołał uczony. — Tak tak, ona mieszka często niby pustelnica w wielkich miastach. Poezja! Tak, widziałem ją przez jedną krótką chwilę, ale sen zamykał mi wtedy oczy. Stała na balkonie i świeciła niby zorza północna; opowiadaj, opowiadaj. Byłeś na balkonie, wszedłeś przez drzwi, a dalej...
     — Znalazłem się w przedpokoju — rzekł cień. — Pan spoglądał zawsze na przedpokój. Ale tam nie było światła, panował półmrok; za to wszystkie drzwi w długim szeregu pokojów i salonów stały otwarte, a jasność była w nich tak oślepiająca, że zabiłaby mnie z pewnością, gdybym poszedł wprost do dziewicy, ale byłem rozważny; przeczekałem trochę, gdyż tak należy zawsze czynić.
     —  A cóż potem widziałeś ? — zapytał uczony.
     —  Widziałem wszystko i opowiem to panu; ale — nie jest to bynajmniej dumą z mojej strony — jako człowiek niezależny, posiadający wykształcenie, poważne stanowisko i będący w świetnym położeniu materialnym, życzyłbym sobie, aby pan raczył tytułować mnie panem.
     —  Proszę mi wybaczyć — rzekł uczony. — To ze starego przyzwyczajenia, którego trudno się wyzbyć. Ma pan zupełną słuszność, zastosuję się do tego. A teraz proszę mi opowiedzieć wszystko, co pan widział.
     —  Owszem — zgodził się cień. — Gdyż widziałem wszystko i wiem wszystko.
     —  Jakżeż tam wyglądało w głębi mieszkania? — zapytał uczony. — Czy było tam tak jak w zielonym lesie? Czy tak jak w uroczystym kościele? Czy sale przypominały gwiaździste niebo widziane z wierzchołka wysokiej góry?
     —  Wszystko tam było — opowiadał cień. — Wprawdzie nie wszedłem w głąb, zostałem w pierwszym pokoju w ciemności, ale było to doskonałe miejsce do obserwacji, widziałem wszystko i wiem wszystko. Byłem na dworze Poezji, w przedpokoju.
     —  Ale co pan widział? Czy przez wielkie sale szedł pochód wszystkich bogów starożytności? Czy walczyli tam dawni bohaterowie? Czy igrały tam wdzięczne dzieciątka i opowiadały swoje sny?
     —  Mówię panu przecież, że byłem tam, więc może się pan domyślić, że widziałem wszystko, co było do zobaczenia. Gdyby pan tam był, nie zostałby pan z pewnością człowiekiem, ale ja stałem się nim. A zarazem poznałem własną moją naturę, wszystko, co we mnie jest przyrodzonego, pokrewieństwo, jakie mnie łączy z poezją. Wówczas, kiedy byłem na służbie u pana, nie myślałem o tym, a jednak zawsze, pan wie, kiedy słońce wschodziło lub zachodziło, wydłużałem się tak bardzo; w świetle księżyca stawałem się nawet bardziej widzialny od pana. Nie rozumiałem wówczas mojej natury, dopiero tam, w tym przedpokoju, poznałem siebie. Stałem się człowiekiem. Wyszedłem stamtąd dojrzały, ale pana już nie było w tych gorących krajach. Wstydziłem się pokazać jako człowiek takim, jakim byłem; potrzeba mi było obuwia, ubrania, całego tego pokostu, właściwego ludziom.
     Poszukałem więc swojej drogi — tak, panie, mogę się do tego przyznać, przecież pan tego nie umieści w żadnej książce — ukryłem się pod spódnicą kucharki; ta kobieta nie przypuszczała wcale, kogo otacza swoją opieką. Dopiero wieczorem wyszedłem, biegłem w świetle księżyca, wyciągałem się jak najdłużej wzdłuż muru, co mnie zawsze tak łaskocze rozkosznie po plecach; biegałem tam i z powrotem, zaglądałem przez najwyższe i najniższe okna do salonów i poddaszy, zaglądałem tam, gdzie nikt inny zajrzeć nie może, i widziałem to, czego nikt inny nie widzi i widzieć nie może. W gruncie rzeczy świat jest zły i nie zostałbym człowiekiem, gdyby nie było przyjęte, że człowiek ma jakieś znaczenie. Widziałem najnieprawdopodobniejsze rzeczy u mężczyzn i u kobiet, u rodziców i u tych milutkich, czarujących dzieci.           Widziałem — ciągnął cień — czego żaden człowiek nie powinien wiedzieć, a co każdy tak chętnie chciałby wiedzieć, to, co się złego dzieje u sąsiada. Gdybym wydawał gazetę, byłaby rozchwytywana, ale ja pisałem wprost do każdej osoby i w każdym mieście, gdzie przebywałem, powstawał zamęt z mego powodu. Bali się mnie, a jednocześnie lubili mnie. Profesor zrobił ze mnie profesora, krawiec uszył mi nowe ubranie, jestem teraz zaopatrzony; menniczy wybił dla mnie monety, a kobiety mówiły, że jestem piękny. I takim to sposobem stałem się tym, kim jestem dzisiaj. A teraz żegnam. Oto mój bilet wizytowy, mieszkam po słonecznej stronie, a w deszcz można mnie zawsze zastać w domu — i cień poszedł sobie.
     —  To dziwna historia — powiedział uczony.
Przeszły dni i lata, aż pewnego razu cień zjawił się na nowo.
     —  Co słychać? — zapytał.
     —  Ach! — odrzekł uczony. — Piszę dzieło o tym, co jest prawdą, dobrem i pięknem, ale nikogo to nie obchodzi; jestem zrozpaczony, bo tak się tym przejmuję.
     — Ja sobie z takich rzeczy nic nie robię! — zawołał cień. — Tyję, i basta, o to właśnie trzeba się starać. Tak, pan nie zna się na życiu. Rozchoruje się pan w końcu. Trzeba, żeby pan zaczął podróżować. Tego lata wybieram się właśnie w podróż, może pan pojedzie ze mną? Chciałbym mieć towarzysza podróży, może pan pojedzie ze mną jako cień? Będzie to dla mnie wielka przyjemność mieć pana przy sobie, płacę koszty podróży.
     —  Pan sobie za dużo pozwala — rzekł uczony.
     —  Zależy, z której strony się to bierze. Podróż panu zrobi znakomicie. Jeśli pan chce być moim cieniem, płacę za wszystko w podróży.
     —  To nie do pomyślenia — powiedział uczony.
     —  Trudno, świat jest już taki — rzekł cień. — I takim zostanie — i poszedł swoją drogą.
Uczonemu nie powodziło się wcale, troski i zmartwienia prześladowały go, a kiedy mówił o tym, co prawdziwe, dobre i piękne, znaczyło to dla większości ludzi tyle co róże dla krowy.
W końcu uczony zachorował.
     —  Pan wygląda jak cień — mówili ludzie do niego, a słowa te przejmowały uczonego dreszczem, gdyż przywodziły mu coś na myśl.
     —  Musi pan koniecznie jechać do wód — mówił cień, który go odwiedził. — Nie ma dla pana innego ratunku. Zabiorę pana w imię naszej dawnej zażyłości, zapłacę za podróż, a pan ją opisze, a przy tym rozerwie mnie pan trochę w drodze. Mnie także potrzebna jest kuracja, broda mi jakoś nie rośnie, to także choroba w swoim rodzaju, bo brodę trzeba mieć. Niech pan będzie rozsądny i przyjmie moją propozycję, a pojedziemy jako towarzysze.
     I pojechali. Cień był teraz panem, a pan był cieniem. Podróżowali razem, razem jeździli konno i chodzili razem, obok siebie, przed i poza sobą, zależnie od położenia słońca. Cień potrafił zawsze zająć miejsce pańskie; uczony nie zwracał na to uwagi, miał bardzo dobre serce i był niezwykle grzeczny i uprzejmy, więc pewnego dnia powiedział do cienia:
     —  Ponieważ jesteśmy towarzyszami podróży, a zarazem wzrośliśmy ze sobą od dzieciństwa, powinniśmy więc wypić na „ty". Będziemy odtąd w większej ze sobą zażyłości.
     —  Przemówił pan — rzekł cień, który teraz właściwie był panem — bardzo szczerze i w dobrej intencji; postaram się mówić równie szczerze i życzliwie. Pan, jako uczony, wie dobrze, jaka natura ludzka jest dziwna. Bywają ludzie, którzy nie mogą dotknąć się szorstkiego papieru, bo im się robi słabo, inni nie mogą znieść skrobania żelazem po szkle; ja mam podobne uczucie, gdy słyszę, że pan mówi do mnie „ty", przygniata mnie to do ziemi jak wówczas, kiedy byłem w pierwszej służbie u pana. Widzi pan, że to nie jest duma, tylko wrażliwość. Nie zniosę, aby mi pan mówił „ty". Natomiast będę chętnie „tykał" pana, aby pańskie życzenie przynajmniej w połowie zostało spełnione.
     I odtąd cień mówił „ty" do swego dawnego pana.
     „To chyba za wiele. On mnie tyka, a ja jego nazywam panem" — pomyślał sobie uczony, ale nie mógł już na to nic poradzić.
     Przyjechali do miejscowości kąpielowej, gdzie było wielu gości, a wśród nich cudownie piękna królewna, której choroba polegała na tym, że zbyt wyraźnie wszystko widziała, a to było niepokojące.
Od razu poznała, że nowy przybysz różnił się od wszystkich innych ludzi.
     —  Mówią, że przyjechał po to, aby mu broda wyrosła, ale ja widzę właściwą przyczynę, on nie ma cienia.
Zaciekawiło ją to tak, że od razu na spacerze wdała się w rozmowę z obcym jegomościem. Jako królewna, nie miała potrzeby się krępować i powiedziała szczerze.
     —  Pańska choroba polega na tym, że pan nie ma cienia.
     —  Jej królewska wysokość jest na drodze do poprawy zdrowia — rzekł cień. — Wiem, że jej choroba polegała na zbyt przenikliwym widzeniu wszystkiego, ale to już zanika, wasza królewska wysokość wraca do zdrowia. W danym wypadku mogę zapewnić, że towarzyszy mi stale niezwykły cień, który zawsze obok mnie chodzi. Inni ludzie mają pospolity cień, ale ja nie lubię nic pospolitego. Często daje się lokajom cieńsze sukno na liberie od tego, które się nosi samemu, i dlatego pozwoliłem memu cieniowi przebrać się za człowieka. Tak, pozwoliłem mu nawet mieć własny cień. To wszystko drogo kosztuje, ale lubię mieć coś osobliwego.
     —  Jak to? — rzekła królewna. — Czyżbym miała naprawdę się wyleczyć? Tak, kąpiele tutejsze są najskuteczniejsze ze wszystkich, jakie znam; wody mają jakieś cudowne własności. Ale nie wyjadę stąd jeszcze, teraz dopiero zaczyna tu być wesoło. Ten cudzoziemiec podoba mi się niezwykle. Oby mu tylko broda nie odrosła, bo wówczas natychmiast wyjedzie.
     Wieczorem w wielkiej sali balowej tańczyła królewna z cieniem. Ona była lekka, ale on był jeszcze lżejszy, takiego tancerza nigdy jeszcze nie miała. Powiedziała mu, z jakiego kraju pochodzi, a on znał ten kraj; był tam, ale jej wtedy nie było w domu, zaglądał przez okna u góry i u dołu, niejedno widział i stąd mógł królewnie mówić i napomykać o takich rzeczach, które ją zdumiały. Musiał być chyba najmądrzejszym człowiekiem na świecie; nabrała dla niego takiego szacunku za jego wiedzę, że kiedy znowu zaczęli tańczyć, zakochała się w nim, co cień doskonale zauważył, gdyż oczami swymi gotowa była przejrzeć go na wskroś. Tańczyli jeszcze raz i królewna omal nie powiedziała mu tego, ale powstrzymała się, gdyż była rozsądna, i pomyślała sobie o swoim państwie i o tych wszystkich ludziach, którymi miała rządzić. „Jest mądry — powiedziała sobie — to dobrze, tańczy doskonale, to także dobrze, ale nie wiem, czy ma gruntowne wykształcenie, a to jest bardzo ważne. Trzeba go przeegzaminować." I zaczęła wypytywać go o najtrudniejsze rzeczy, na które sama nie umiałaby odpowiedzieć. Cień przybrał zagadkowy wyraz twarzy.
     —  Na to pan nie potrafi odpowiedzieć? — powiedziała królewna.
     —  Wiedziałem o tym jeszcze jako dziecko, nawet mój cień, który stoi tam w drzwiach, potrafi na to odpowiedzieć.
     —  Pański cień? — zawołała królewna. — To byłoby nadzwyczajne.
     —  Nie twierdzę na pewno, że będzie wiedział — rzekł cień. — Ale tak mi się zdaje, tyle lat mi towarzyszy i słyszał już niejedno. Ale wasza wysokość pozwoli sobie zwrócić uwagę, że cień mój jest bardzo dumny z tego, że uchodzi za człowieka, i aby go wprawić w dobry humor, a musi być w dobrym humorze, aby należycie odpowiadać, trzeba go traktować zupełnie tak jak człowieka.
     —  To mi się podoba — rzekła królewna.
I podeszła do uczonego, stojącego w drzwiach, i zaczęła z nim rozmawiać o słońcu i o księżycu, o ludziach, jakimi są wewnątrz i na zewnątrz, a uczony odpowiadał rozumnie i trafnie.
     „Cóż to musi być za człowiek, kiedy jego cień jest tak mądry! — pomyślała sobie — to byłoby prawdziwe błogosławieństwo dla mego ludu i dla mego państwa, gdybym go wybrała za małżonka. Uczynię tak."
I porozumieli się bardzo szybko, królewna i cień, tylko że nikt nie miał o tym wiedzieć, dopóki ona nie powróci do swego państwa.
     —  Nikt, nawet mój cień — oświadczył cień, a miał po temu swoje racje.
I pojechali do państwa, którym królewna rządziła, teraz gdy była już u siebie w domu.
     —  Słuchaj, przyjacielu — rzekł cień do uczonego — teraz stałem się tak szczęśliwym i potężnym, jak tylko być można, chcę więc uczynić dla ciebie coś niezwykłego. Będziesz zawsze przy mnie mieszkał w pałacu, będziesz jeździł ze mną w królewskiej karecie, będziesz dostawał sto tysięcy talarów rocznej pensji; ale musisz za to pozwolić nazywać się przez wszystkich cieniem. Nie wolno ci nigdy powiedzieć, że byłeś kiedykolwiek człowiekiem, a raz na rok, kiedy będę siedział na balkonie w słońcu i będę się pokazywał poddanym, musisz leżeć u mych stóp tak, jak się przynależy cieniowi, gdyż powiem ci całą prawdę: żenię się z królewną, dziś wieczorem wesele.
     —  Nie, tego już za dużo — krzyknął uczony — tego nie zrobię za nic na świecie! Znaczyłoby to oszukać cały kraj wraz z królewną! Powiem wszystko — że to ja jestem człowiekiem, a ty cieniem przebranym za człowieka.
     —  Nikt ci nie uwierzy — rzekł cień — uspokój się albo zawołam straż.
     —  Idę wprost do królewny! — rzekł uczony.
     —  Ale ja pójdę wpierw — rzekł cień — a ty pójdziesz do więzienia.
I tak się stało, gdyż straż usłuchała tego, który miał zostać mężem królewny.
     —  Drżysz? — zapytała królewna, gdy cień stanął przed nią. — Czy stało się coś? Nie wolno ci chorować, dziś nasze wesele.
     —  Przeżyłem najstraszniejszą rzecz, jaką można przeżyć — powiedział cień. — Wyobraź sobie, że biedny mózg mojego cienia nie wytrzymał. Wyobraź sobie, że mój cień zwariował, zdaje mu się, że on jest człowiekiem, a ja, pomyśl tylko, ja jestem jego cieniem!
     —  To okropne! — rzekła królewna. — Czy zamknięto go?
     —  Rozumie się. Obawiam się, że nigdy nie odzyska rozumu.
     —  Biedny cień! — zawołała królewna. — Jaki nieszczęśliwy! Byłoby to prawdziwym dobrodziejstwem pozbawić go tej odrobiny życia, która mu pozostała, i po namyśle wydaje mi się, że najlepiej będzie sprzątnąć go po cichu.
     —  To byłoby okrutne, gdyż był bardzo wiernym sługą — rzekł cień i wydał coś
w rodzaju westchnienia.
     —  Jaki ty masz szlachetny charakter! — rzekła królewna.
Wieczorem całe miasto było iluminowane, armaty grzmiały: bum! — a żołnierze prezentowali broń. Wesele było co się zowie! Królewna i cień ukazali się na balkonie ludowi, aby usłyszeć jeszcze raz wiwaty.
     Ale uczony tego wszystkiego nie słyszał, bo go sprzątnięto po cichu.

sobota, 9 listopada 2013

Baltic. Pies, który płynął na krze.

                                                                             Barbara Gawryluk
Ucieczka

     Niebo rozbłysło kolorowymi fajerwerkami. Czerwone, zielone, niebieskie pióropusze wybuchały nad dachami miasteczka. Nocną ciszę przerywały głośne eksplozje. Mijały kolejne minuty nowego roku, a kaskady światła i dźwięku nie ustawały.
     Pod murami starego zamku pędził przerażony pies. Gnał przez zaspy, pokonywał zamarznięte kałuże. Przeskoczył zrujnowany mur i wciąż biegł, oby jak najdalej od przerażającego huku, od dziwnych, kolorowych świateł, które rozpryskiwały się nad jego podwórkiem.
     Wcześniej wieczór spędzał sam, tak jak wiele innych wieczorów, a czasem całych dni. W budzie stojącej niedaleko niewielkiego, szarego domu miał co prawda dość ciepło, w misce raz dziennie pojawiało się jedzenie, ale prawie nie pamiętał już dotyku ludzkiej dłoni. Od dawna nikt go nie głaskał, nikt do niego nie przemówił. Nie wiedział, co stało się z jego panią. Przestał już wierzyć, że do niego wróci. W jej domu zamieszkali jacyś obcy ludzie i pies czuł, że nie należy do ich rodziny.
     Kiedy tego wieczora ustawili na podwórku jakieś dziwne patyki, nie przeczuwał, że będą to jego ostatnie godziny w starym domu. Obserwował ich, siedząc przy budzie, do której był uwiązany długim łańcuchem. Kiedy odpalili pierwszą petardę, głośno zaskowyczał i zerwał się na cztery łapy. Przy huku kolejnej mocne szarpnięcie wystarczyło, żeby łańcuch puścił. Pies rzucił się do ucieczki. Nie wiedział, dokąd pędzi, chciał tylko uciec od nieznośnego, przerażającego huku i ludzi, którzy nawet nie zauważyli jego ucieczki.

Batonik od Pawełka

     Pies był w drodze już od wielu godzin. Przed wybuchami fajerwerków schował się w pobliskim lesie. Znalazł suchą plamę trawy pod rozłożystym świerkiem i udało mu się przedrzemać kilka godzin. Przed świtem ruszył przed siebie. Nareszcie zrobiło się cicho. Wybiegł na polną drogę, ominął kilka wiosek. Nie czuł głodu, a pragnienie gasił w kałużach powstających z topniejącego w słońcu śniegu. Już nie było tak zimno jak w nocy. Mróz zelżał, z dachów kapała woda.
     W pobliżu kolejnej wioski zauważył dzieci zjeżdżające na sankach z górki. Przysiadł niedaleko nich. Przyglądał się małemu chłopczykowi w niebieskiej czapce z białym pomponem. Malec mozolnie wchodził pod górę, ciągnąc za sobą sanki. Ustawiał je na szczycie, odpychał się i zjeżdżał. I tak raz za razem. Aż odepchnął się tak mocno, że sanki pojechały o wiele dalej niż zwykle i zatrzymały się przy niewielkim szarym psie. Ten odskoczył przestraszony, ale po chwili przysiadł i przyjrzał się uważnie chłopczykowi.
     - Hej! - powiedział chłopiec. - Co tu robisz? Gdzie jest twój pan? Pies machnął ogonem i nie ruszył się z miejsca.
     - Fajny jesteś. Ale mama mówi, że nie wolno się zbliżać do obcych psów. Zaraz ją zawołam. A tu ci zostawiam batonik, chcesz? - I chłopiec wyjął z kieszeni napoczęty baton. Po chwili biegł już w kierunku domów za górką.
     Pies niepewnie wstał i podszedł do porzuconej na śniegu czekoladki. Powąchał ją ostrożnie. Co za zapach! Zupełnie nieznany! Chociaż nie, dawniej czasem właśnie tak pachniała jego pani. Ale ona nigdy nie dała mu posmakować tego zapachu.
     Pies delikatnie wyjął batonik ze sreberka. Zjadł go ze smakiem. Wolałby dostać miskę kaszy, ale wiedział już, że teraz nie może wybrzydzać. Musi dawać sobie radę sam. Usłyszał głosy, podniósł łeb i zobaczył chłopczyka zbliżającego się z młodą kobietą.
     - Pawełku, nie możemy do niego podchodzić - mówiła. - To jakiś dziki pies, popatrz, nie ma obroży. Może być groźny. Trzeba zawiadomić sołtysa, może tu do niego kogoś przyśle.
W tym momencie od wioski znowu dobiegły odgłosy wystrzałów, a na niebie pojawiły się kolorowe race.
     - Mamo, patrz! - zawołał Pawełek. - Ale fajne! Widać je, chociaż nie jest jeszcze całkiem ciemno! A mówiłaś, że fajerwerki są tylko w sylwestra.
     - Bo tak powinno być - zdenerwowała się mama. - Ja nie wiem, co to za zwyczaje. Tyle huku. Pewnie chłopakom zostały jeszcze z wczoraj i sobie używają. Ale gdzie jest ten pies?
     - Piesku, piesku! - wołał Pawełek. - Nie bój się! Mamo, patrz! Tam pędzi. Pod lasem!
Pies wpadł między drzewa. Nie oglądał się za siebie, nie słyszał wołania chłopczyka. Chciał zostawić za sobą te straszne wybuchy i światła strzelające w niebo. Nie rozumiał, co się dzieje. Jego serce tłukło się jak szalone ze strachu. Po wielu godzinach biegu, zziajany dopadł do pustej, walącej się szopy. Wczołgał się do środka przez rozbite piwniczne okienko i ułożył na pozostawionych przez kogoś starych szmatach. Tak minęła mu kolejna noc.

W przedszkolu

     - A ty, co tu robisz? - Pies usłyszał nagle skrzypnięcie otwieranych drzwi. Do pomieszczenia, w którym udało mu się przespać kilka godzin, weszło dwóch mężczyzn.
     - To jakiś psi przybłęda - odezwał się jeden z nich na widok kundla zrywającego się z brudnego posłania.      - Może ma wściekliznę? - Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku.
     - Wynocha stąd! - wrzasnął drugi. - To nasza szopa! Nie będzie nam tu byle kundel miejsca zajmował! Wynocha!
     Pies dał susa przez rozbite okno. Uciekał poganiany krzykami mężczyzn. Dlaczego tak się zdenerwowali? Przecież nie chciał zrobić im krzywdy. Nawet nie warknął. Chociaż najchętniej wyszarpałby ich za spodnie. To przez nich znowu musiał pędzić przez nieznane pola i łąki pokryte zmarzniętym śniegiem. Po kilku kilometrach rozbolały go łapy. I robiło mu się coraz zimniej.
     Dotarł do niewielkiego miasteczka i zziajany przysiadł przy śmietniku koło żółtego budynku z czerwonym dachem i z dużymi oknami. Do szyb przyklejone były papierowe gwiazdki śniegu. Z bocznych drzwi wyszła właśnie jakaś kobieta. Na ramiona narzucony miała płaszcz. Podbiegła szybko do śmietnika i wrzuciła do niego duży niebieski worek. Nie zauważyła, że z worka wypadło kilka kromek chleba. Ale widział to pies schowany za śmietnikiem. Rzucił się na nie, kiedy tylko kobieta znikła za drzwiami. To był chleb z pasztetówką! Pyszny, taki, jaki trafiał do jego miski kiedyś, dawno temu...
     Coraz mniej pamiętał swoją panią jej zapach, cichy głos, delikatne dłonie, które głaskały go po łbie albo drapały za uszami. U niej miał kolorowy materac w kącie kuchni, gdzie zawsze było ciepło. I miskę, która dwa razy dziennie zapełniała się pachnącym jedzeniem. Pies przysiadł przy śmietniku, przymknął oczy i próbował przypomnieć sobie zapach swojej pani. Pachniała trochę jak bułeczki waniliowe, jak miód z pasieki, jak czekoladowy batonik, słodko jak...
     - Hej, piesku, co tu robisz? - W słonecznej plamie pojawił się cień i ktoś pochylił się nad nim. - Tu nie wolno wprowadzać zwierząt, to jest przedszkole! - Pani Teresa, przedszkolanka, stała nad kundlem z kolejnym niebieskim workiem w ręce. Nie krzyczała na psa, ale słychać było w jej głosie niepokój. - Z kim tu przyszedłeś? Gdzie jest twój właściciel? - Rozejrzała się, ale podwórko przy przedszkolu było puste. - Pewnie jest ci zimno? I co ja mam z tobą zrobić?
Skulony pies łypał na nią smutnymi oczami. Był brudny, zmarznięty i głodny. Te kilka kanapek tylko na chwilę wypełniło jego pusty brzuch.
     - Poczekaj, przyniosę ci coś do jedzenia - uśmiechnęła się pani Teresa. - Tylko siedź tutaj, nie wolno ci wchodzić do przedszkola!
     Znikła w drzwiach budynku. Pies czekał, wpatrując się w nie z nadzieją. Kręcił łbem przy każdym odgłosie, ale dopiero po dłuższej chwili drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich miła pani.
     - Mam tu dla ciebie resztki z obiadu. - Postawiła przed nim pełną miskę. - Dzieci właśnie skończyły jeść. Powiedziałam im, że to dla ciebie. Widzisz ich buźki w oknach?
Pies patrzył na kobietę i wsłuchiwał się w jej spokojny głos. Wydawało się, że wszystko zrozumiał. Machnął ogonem i zabrał się za jedzenie.
     - Zadzwonię po straż miejską. Ktoś powinien się tobą zająć - zdecydowała pani Teresa. - Nie możesz się tak włóczyć. W schronisku dadzą ci miejsce w kojcu, a może będziesz mieć szczęście i ktoś cię stamtąd weźmie. A może znajdzie się twój właściciel?
Pies wylizywał już miskę, kiedy kobieta dodzwoniła się do strażników.
     - Tak. Niewielki kundelek. Nie ma obroży ani żadnego znaczka. Nigdy go tu wcześniej nie widziałam. Jest bardzo łagodny. Wygłodzony i zmarznięty. Proszę? Nie mogę go wziąć do środka, do przedszkola, nie mogę narażać dzieci. Proszę przyjechać...
     Pies wpatrywał się w kobietę i kręcił łbem. Rozumiał, że trzeba czekać. Nie bardzo wiedział na co, ale tej pani o miłym głosie chyba można było zaufać.
     Ale kiedy na ulicy pojawił się wielki niebieski samochód, z którego wysiadło trzech mężczyzn z dziwnymi przedmiotami, pies zerwał się na cztery łapy. To nie wróżyło nic dobrego! Ci mężczyźni wcale nie zachowywali się tak, jak ta miła pani. Krzyczeli i klaskali, próbując zagonić go do samochodu. Pies dostrzegł wystraszone buzie dzieci w oknach przedszkola. Dwie dziewczynki, machając do niego, wyraźnie pokazywały mu, żeby uciekał! Zauważył, że między samochodem a wyższym z mężczyzn zrobiło się trochę miejsca. Skoczył w tę lukę i zaraz znalazł się na ulicy. Pognał w kierunku przystanku i wskoczył do stojącego na nim autobusu. Drzwi zamknęły się i autobus odjechał.
     - I co, nie będą panowie go ścigać? Trzeba jechać za tym autobusem! - wołała pani Teresa, a uradowane przedszkolaki biły brawo. Ale strażnicy nie mieli zamiaru nikogo ścigać.
     - Najważniejsze, że nie zagraża już dzieciom - powiedzieli. - Skoro jest taki sprytny, na pewno da sobie radę.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Kacperiada

fragment                    Grzegorz Kasdepke

Klepsydra od jajek na miękko

     Którejś niedzieli kupiłem na targu staroci klepsydrę. Mój synek, Kacper, nie mógł oderwać od niej oczu - patrzył na przesypujący się piasek, jak na najciekawszą kreskówkę. Piasek się sypał, sekundy płynęły - a trwało to tak długo, że w pewnym momencie wszystko zaczęło mi się mylić; miałem wrażenie, że to piasek płynie, a sekundy się sypią...
     - To taki stary zegar, tak? - chciał wiedzieć Kacper.
     - Coś w tym rodzaju - skinąłem głową.
     - No to, która teraz jest godzina?
Wzruszyłem ramionami.
     - Tego nie dowiesz się patrząc na klepsydrę... Ale... - dodałem szybko widząc rozczarowaną twarz Kacpra - ale, gdy na przykład gotujesz jajka na miękko, to stawiasz taką klepsydrę przy kuchence, a jak już cały piasek się przesypie, to znaczy, że można wyłączyć gaz!...
     Ugotowałem jajka na miękko, aby udowodnić, że mówię prawdę.
     - A do czego służą większe klepsydry? - zapytał Kacper.
     - Do gotowania jajek na twardo... - odparłem. Czułem jednak, że nie jest to najwłaściwsza odpowiedź.
     - A jeszcze większe?
     - Do przypalania garnków... - mruknąłem dość bezmyślnie, przyznaję.
     - A jeszcze większe? - nie ustępował Kacper.
Już chciałem coś wymyślić, gdy w drzwiach kuchni pojawiła się Magda, mama Kacpra.
     - Do wzywania straży pożarnej! - powiedziała. - Stawiasz taką klepsydrę przy garnku, a jak już cały piasek się przesypie, nie ma ani jajek, ani garnka, za to w kuchni stoją rozeźleni strażacy!...
     - Naprawdę? - ucieszył się Kacper i spojrzał z podziwem na klepsydrę.
     - Naprawdę - powiedziała Magda. A potem patrząc na mnie popukała się w czoło i rzuciła na odchodnym:      - Ty to umiesz wszystko wytłumaczyć dziecku...
I wyszła.

Reklamacje

     Gdy mój synek, Kacper, był mniejszy, ciągle strasznie się brudził.
Niby normalna sprawa, ale i normalne sprawy mogą czasami wyprowadzić z równowagi.
     Na przykład:
Wykąpałem Kacpra, wyjąłem z wanny, poszedłem na chwilę do pokoju, wracam... - Kacper jest cały w paście do zębów!
     Albo:
Dałem Kacprowi z rana czyste ubranie, sam się w te pędy również zacząłem ubierać, żeby zdążyć do przedszkola, już chcę wychodzić i nagle, co widzę?!...
     Kacperek zdążył wysmarować ubranie czekoladą.
Najbardziej jednak brudził buzię.
     - Jak ty to robisz?! - nie mogłem wyjść z podziwu. - Jak można jedząc zwykłą surówkę upaćkać się od brody aż po uszy?
     Kacper wzruszał ramionami - można.
Jako że jednak coraz więcej osób zadawało Kacprowi to pytanie, synek mój powziął pewne podejrzenie.
     - Tato... - podzielił się nim, gdy jedliśmy kolację. - A może moja buzia jest zepsuta?
Spojrzałem na Magdę, Magda spojrzała na mnie, potem obydwoje popatrzyliśmy na Kacperka. Zamyślony wpychał sobie właśnie kanapkę z serem w policzek.
     - No tak... - pokiwałem głową. - Może to i prawda... Ile ty masz lat? - zwróciłem się do swego synka.
Wtedy miał trzy i pół.
     - Aha, trzy i pół.... - popatrzyłem na Magdę. - Jak myślisz, nie za późno na reklamację?
     - Chyba nie... - mruknęła Magda, ale nie była tego pewna. Postanowiliśmy jednak Kacperkową buzię zareklamować. Wziąłem kartkę i napisałem na niej, co następuje: „Niniejszym
chcielibyśmy zareklamować buzię naszego synka, Kacperka, która bardzo się brudzi - a szkoda, bo fajna".
Po czym z kartki zrobiłem kulkę i wyrzuciłem za okno.
     Kacper spojrzał na mnie okrągłymi ze zdumienia oczami.
     - I co teraz? - zapytał.
     - Nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Chyba musimy czekać. Czekaliśmy, czekaliśmy - i nic.
     - A może trzeba było tę buzię dołączyć do reklamacji? - zastanawiała się Magda.
Kacper w tym momencie nie wytrzymał - wstał od stołu i rzucił nam pełne litości spojrzenie.
     - A może wystarczy po prostu bardziej uważać przy jedzeniu?... - zapytał; nie byliśmy jednak w stanie odpowiedzieć, bo ja krztusiłem się właśnie ze śmiechu kanapką, a Magda - herbatą.
     Kacperek wzniósł oczy do nieba, westchnął: „Jak dzieci...", a potem ruszył do łazienki.
....po więcej odsyłam do książki Pana Kasdepke.