Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 lutego 2018

Najmłodsza dżokejka

Wioletta  Święcińska   -  fragment




        Pewnego dnia, gdy dzieci naprawiały ogrodzenie, usłyszały za sobą ciche rżenie. Gdy się odwróciły, ujrzały pięknego konia o kasztanowej sierści oraz jasnozłotej grzywie i ogonie.
     - Jaki piękny! - wyszeptała z zachwytem Zosia.
     - Jak myślisz, do kogo należy?
     - Nie ............ dalej przeczytasz klikając na obrazku.
             
Niżej inny fragment.  


   - Witajcie, dzieci, dzień dobry, Promyczku -   
     uśmiechnął się do nich dziadek.
   - Czy słyszeliście, że w naszej wiosce mają się 
     odbyć zawody jeździeckie?
 
Oczy Zosi rozbłysły, a jej buzia rozpromieniła się.

    - Dziadku, muszę wziąć udział w tych 
      zawodach! Pozwolisz mi? .....  

Kliknij na obrazku i czytaj jeszcze chwilę. 
Więcej możesz przeczytać tylko w książce.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Tajemnica - zakończenie

                                                           Fragment książki Anny Onichimowskiej pt.: "Najwyższa góra świata"
 
 Babcia stanęła w drzwiach pokoju i .....
                  (tu skończyliśmy czytać poprzednio)

..... popatrzyła na mnie uważnie.
- Umyj się najpierw - przypomniała mi. - A ty, Iza, pospiesz się, bo spóźnisz się do szkoły.
- Dlaczego on tak wcześnie wstaje? - wypytywała Iza babcię.
- Nie wiem - usłyszałem jeszcze. - Widocznie nie chce mu się spać.
      Potem szum wody zagłuszył wszystko, a kiedy wychodziłem z łazienki, za Izą zamykały się właśnie drzwi.
- Nie ma mleka? - zaniepokoiłem się, zaglądając w kuchni do garnka.
- Jest kakao - powiedziała babcia, smarując mi bułkę miodem.
      Nie byłem pewien, czy Piotruś lubi kakao tak jak ja, zajrzałem więc na wszelki wypadek do lodówki.
- Czego szukasz? - spytała.
- Mleka - spuściłem głowę.
- Masz ochotę na mleko?
      Mruknąłem coś niewyraźnie w odpowiedzi, bo nie lubię kłamać, a nie mogłem przecież powiedzieć prawdy. Piotruś był moją tajemnicą i nikt, nawet babcia, nie mogła o nim wiedzieć.
- Możemy iść do sklepu zaraz po śniadaniu, jeśli chcesz - zaproponowała babcia.
      Jadłem bardzo szybko, żeby już było po śniadaniu i żebyśmy mogli kupić mleko dla Piotrusia.
- Czy wszystkie niemowlaki to takie ofermy? - spytałem, kiedy czekaliśmy w sklepie na koszyki.
- Dlaczego ofermy? - zdziwiła się babcia.
- No, niczego nie umieją same robić... Nawet pić same nie umieją - wyjaśniłem z ociąganiem.
- Niemowlaki karmi się przez smoczek - uśmiechnęła się babcia i dodała: - Nie wiem, czy pamiętasz, że Iza ma taką malutką buteleczkę ze smoczkiem, dla lalek...
      To był pomysł! Przytuliłem się do babci z wdzięcznością.
Jestem pewien, że gdyby Piotruś tylko umiał mówić, też chwaliłby moją babcię, a tak mruczał tylko z zadowolenia, a w buteleczce z każdą chwilą było mniej mleka.
- Ale z ciebie łakomczuch! - zaśmiałem się, a Piotruś pisnął potakująco.
      Potem pobawiliśmy się trochę, a kiedy ułożył się na swoim posłaniu i zamknął oczy, opowiadałem mu jeszcze różne rzeczy, takie, które można powiedzieć tylko na ucho najbliższemu przyjacielowi.
- Zabrałeś moją butelkę dla lalek! - krzyknęła Iza.
- Skąd wiesz? - spytałem.
- Bo nie ma - wzruszyła ramionami. - A nikt inny by nie wziął. Oddawaj!
- Do czego ci ona? - spytałem z ociąganiem.
- A co cię to obchodzi? To moja butelka i ma stać na miejscu.
- Ale tobie nie jest potrzebna - próbowałem ją przekonać. - Nie masz przecież żadnego niemowlaka. Wszystkie twoje lalki są duże. A poza tym są na niby, a nie naprawdę.
- Sam jesteś na niby! - rozzłościła się moja siostra.
- A ty gdzie masz niemowlaka, że potrzebna ci butelka ze smoczkiem?
- Gdzieś mam - mruknąłem i odwróciłem się do niej plecami.
- Oddaj - warknęła Iza - bo powiem babci.
- To powiedz - zgodziłem się z rezygnacją. Przecież Piotruś nie może być głodny tylko dlatego, że ona nic nie rozumie, pomyślałem.
- Babciu!!! - wrzasnęła Iza i wypadła z pokoju.
      Siedziałem i czekałem, co będzie, nawet troszkę chciało mi się płakać, bo wyobraziłem sobie głodnego Piotrusia, którego nie ma czym nakarmić, ale nie działo się nic. Iza długo nie wracała, a kiedy wreszcie weszła do pokoju, nie odezwała się do mnie. Miała nadętą buzię i udawała, że mnie nie widzi.
      Po południu poszliśmy z rodzicami na spacer do parku. Chciałem przy okazji sprawdzić, jak się czują moje ślimaki, ale mama nie miała ochoty iść w tę stronę.
- Na sobotę i niedzielę jedziemy na wieś - oznajmił tatuś.
- Zostaliśmy zaproszeni przez wujka Staszka. Cieszycie się?
      Poczułem, że zrobiło mi się gorąco ze strachu.
- A mogłaby z nami pojechać Mariola? - spytała Iza.
- Ja byłam z nimi nad jeziorem...
- Innym razem - pokręcił głową tatuś. - Przecież nie będzie miejsca w samochodzie. Nas czworo i babcia, akurat pięć osób, samochód nie jest z gumy.
- Zmieścicie się - powiedziałem szybko.
- Jak to? - zdziwiła się mama.
- Ja popilnuję domu - powiedziałem odważnie. - Bo ja i tak nie mogę jechać.
- Oczywiście, żartujesz? - spytał tatuś.
- Nie - pokręciłem głową. - Naprawdę. Będę bardzo grzeczny - zacząłem mówić jak nakręcony. - Nie będę wcale wychodził na ulicę, ani nikogo obcego nie wpuszczę do domu. Będę się mył i jadł, naprawdę. I nie wezmę do rąk zapałek, i...
- Uspokój się - przerwała mi mama stanowczo. - Co ci w ogóle przyszło do głowy? Co to za pomysły?
      Spuściłem głowę, wpatrując się w napięciu w czubki trampek.
- On ma jakąś tajemnicę! - wypaliła Iza. - Wciąż kręci i coś ukrywa.
- Co ty na to, Jasiu? - spytał tatuś, a kiedy nic nie odpowiedziałem, oznajmił. - Wyjeżdżamy o ósmej rano, więc musicie się przygotować poprzedniego dnia. I nie chciałbym, Jasiu, mówić z tobą więcej na ten temat.
- Babciu - szepnąłem, kiedy przyszła mnie pocałować na dobranoc. Iza oglądała coś w telewizji i nie było jej w pokoju. - Ja naprawdę nie mogę jechać... Powiedz im...
- Tak się składa, Jasiu - babcia pogłaskała mnie po głowie - że ja zostaję. Nigdy nie czułam się najlepiej na wsi... Więc nic się nie martw. Ja się nim zajmę.
- Tam nikogo nie ma - mruknąłem na wszelki wypadek.
- Gdzie? - spytała babcia z uśmiechem.
- Ty wiesz gdzie... Ale tam nikogo nie ma.
- Zupełnie nikogo? Jesteś pewien? - popatrzyła na mnie, a kiedy nic nie odpowiedziałem, szepnęła: - W porządku. Chciałam ci tylko powiedzieć, że gdyby tam nawet ktoś był, to przez dwa dni nie umrze z głodu. Nawet nie przez dwa dni, bo przecież nie będziecie jechać skoro świt ani wracać bardzo późno...
      Poczułem wielką ulgę. Rzeczywiście, babcia ma rację... Pewnie, że wolałbym nie jechać, chociaż są tam podobno malutkie cielaczki... U wujka jest pełno zwierzaków, myślałem, zasypiając. A cielaki mają takie szorstkie języki, zupełnie jak koty...
- Nie zapomnijcie się dzisiaj spakować - upominał nas tatuś, przeglądając swoje pudełko z wędkarskimi przyborami.
- A ty nie zapomnij iść do piwnicy - powiedziała mama, a mnie aż ciarki przebiegły po plecach.
- Po co do piwnicy? - spytałem. - Ja wszystko przyniosę...
- Tym razem nie chodzi o przyniesienie - powiedziała mama. - W sąsiednim bloku okradli piwnicę, a u nas jest wybity lufcik...
- Ale u nas nie ma co kraść - powiedziałem trochę za głośno. - Nie ma żadnego roweru ani nic.
- A moje konfitury to pies? - oburzyła się mama i wszyscy zaczęli się śmiać.
      Nawet ja się uśmiechnąłem, bo wyobraziłem sobie złodzieja uszmodruchanego konfiturami, ale zaraz przypomniał mi się Piotruś i tak strasznie zacząłem się o niego bać, że nie mogłem już tego dłużej wytrzymać i wybiegłem z pokoju.
- Nie martw się - pocieszyła mnie babcia. - Pójdę razem z tatą. Mogę? - spytała po chwili.
      Kiwnąłem głową i poprosiłem drżącym głosem:
- Tylko uważajcie na niego, dobrze? On jest jeszcze bardzo mały i pewnie się was przestraszy, bo on zna tylko mnie...
- Jeśli boisz się, możesz przecież iść z nami - zaproponowała babcia.
- Nie - szepnąłem. - Ja tam pójdę później i wszystko mu wytłumaczę. Ale chcę być z nim sam.
.......to miejsce, do którego słyszały dzieci wychodzące wcześniej .....

      Kiedy tatuś z babcią wyszli, wysypałem na środek podłogi pudło puzzli i zacząłem układać polanę Smurfów, zaczynając od pantofelków Smurfetki. Udało mi się połączyć nie więcej niż pięć fragmentów, gdy usłyszałem znów ich głosy. Nie ruszyłem się jednak z podłogi i czekałem - sam nie wiem, na co - z bijącym sercem, szukając wśród kawałków łamigłówki czerwonego kwiatka z koniuszkiem ogona Klakiera. Zupełnie nie mogłem go znaleźć, choć przewaliłem wszystkie kawałeczki kilka razy. Wtedy wszedł tatuś, popatrzył na układankę i podał mi szukany element. Okazało się, że leży na samym wierzchu.
- Zaczyna się właśnie w telewizji film o pingwinach. Jeśli masz ochotę, chodź pooglądać - Powiedział tylko i już go nie było.
      Normalnie nigdy nie opuściłbym takiego filmu, ale teraz pomyślałem sobie, że pingwiny są daleko, a kilka pięter niżej siedzi samotnie jeden bardzo mały kot i pewnie zupełnie nie wie, co się stało. Może jest przestraszony, może myśli, że go wydałem...
- Zaraz przyjdę - powiedziałem, przechodząc przez pokój z telewizorem.
      Wydawało mi się, że wszyscy jakoś dziwnie na mnie patrzą, chociaż nikt nic nie powiedział. Może właśnie to było dziwne. Że nikt o nic nie zapytał. Nie było żadnych: „tylko szybko wracaj", „gdzie idziesz", nic, zupełnie nic. Nawet Iza wstrzymała się od głosu, udając, że ogląda film.
      Piotruś siedział w kącie, na półce z ogórkami. Przyglądał mi się badawczo zza dużego słoja. Wydawał mi się jeszcze bardziej potargany niż zwykle.
- Nie denerwuj się - powiedziałem do niego bez przydługich wstępów. - Wszystko przez tych złodziei, sam rozumiesz. Mama boi się o swoje konfitury i dlatego tato z babcią musieli tu zejść na chwilę, żeby zmierzyć szybkę. Chyba wcale im tu nie przeszkadzasz, bo nic mi nie mówili. Tylko, wiesz, tak sobie myślę, że może ja im wszystko powiem. Będziesz ciągle tajemnicą, tylko taką wspólną. Bo oni i tak będą tu przychodzić. To może lepiej, żebyś był tu zameldowany, jeśli wiesz, co mam na myśli...
      Spojrzałem na niego. Czyścił z zapałem swoje spiczaste uszka, zerkając na mnie od czasu do czasu.
- Jesteś mój. Będę do ciebie przychodził, tak jak zwykle. Tylko jutro i pojutrze będzie trochę inaczej, bo muszę jechać na wieś. Odwiedzę cię rano, a potem może wpadnie tu babcia. Ona jest fajna, naprawdę... Powiem im, jak masz na imię, żeby wiedzieli, jak do ciebie mówić, gdyby już tu wpadli. No i warto się jeszcze zastanowić nad tym lufcikiem. Nie chciałbym cię więzić... jak ślimaków... w słoiku...
      Piotruś zeskoczył z półki i zwinął się w kłębek na moim kapciu.
- A może - rozmarzyłem się - jak cię poznają, to polubią i... - aż głos uwiązł mi w gardle ze wzruszenia - będę mógł zabrać cię do siebie. Bo po co dla takiego malutkiego kota nowe mieszkanie. Zmieściłbyś się u nas bez kłopotu. Zobaczymy. Nie wiadomo. Na razie pójdę im powiedzieć, dobrze?
      Piotruś miauknął potakująco i pobiegł baraszkować na swoje posłanie.
- On się nazywa Piotruś - wykrztusiłem. Po odblaskowej bieli śniegu maszerowały na ekranie telewizora równym rządkiem pingwiny. - Piotruś - powtórzyłem niepewnie. - Nie ma wcale pcheł i troszkę już umie sam jeść. Jest bardzo czyściutki i zupełnie oswojony.
     Opadłem wyczerpany na fotel i czekałem na wyrok. Pingwiny - jeden za drugim - zanurzały się w morzu.
     Koniec...   Inne opowiadania można przeczytać w książce - mamy ją w bibliotece.

sobota, 29 marca 2014

Tajemnica

Fragment książki Anny Onichimowskiej pt.: "Najwyższa góra świata"

      Postanowiłem, że nikomu ich nie pokażę. Były bardzo ładne. Takie mięciutkie i bezbronne. Normalnie ślimaki mają skorupki, a one były zupełnie gołe. Duże i czarne, z długimi, chudymi rogami. Leżały na łopianowych liściach przy rowie i wyglądało na to, że się nudzą. Włożyłem pięć z nich do dużego słoja po ogórkach i dałem im kawał liścia do środka, żeby się czuły jak u siebie. A potem, gdy wróciliśmy z wycieczki do domu, wsadziłem słój pod łóżko.

      W pokoju mieszka razem ze mną moja starsza siostra Iza. Chodzi już do szkoły, do trzeciej klasy. Nie lubię jej i ona chyba też mnie nie lubi.
       Poprzednio miałem świerszcze. To ciągle narzekała, że ćwierkają i że to jej działa na nerwy. I że męczę zwierzęta, tak jeszcze mówiła. Wyszedłem z nimi kiedyś na spacer i wtedy uciekły. Było mi okropnie przykro, ale babcia powiedziała, że i tak trzeba je było wypuścić, bo świerszcze nie mogą żyć w więzieniu.
       Mnie by wcale nie przeszkadzało, żeby skakały sobie po pokoju, ale Iza w ogóle nie chciała o tym słyszeć. To było właśnie najgorsze. Nie mogłem mieć żadnego zwierzaka. Ani dużego, ani średniego, ani zupełnie malutkiego.
       Miałem już psa i morską świnkę, i białe myszy, i patyczaki, i wszystko musiałem pooddawać albo powypuszczać na wolność. Dlatego schowałem moje ślimaczki pod łóżko, żeby nikt się do nich nie wtrącał.
 
                                                                                 *
      Były takie grzeczne i cichutkie. Pomyślałem sobie, że nareszcie będę miał coś na dłużej. I że na spacer można będzie z nimi wychodzić, bo tak wolno łażą, że nie mogą uciec. Zresztą po co miałyby uciekać. Widziały chyba, jak bardzo je lubię.
      Wsadzałem im właśnie listek sałaty do słoika, kiedy wróciła Iza. Ledwie zdążyłem wepchnąć słoik pod łóżko, wpadła do pokoju.
- Dlaczego leżysz na podłodze? - spytała.
- Tak sobie - odburknąłem.
- Wstawaj. - Szarpnęła mnie za nogę. - Babcia prosiła, żebyś przyszedł - powiedziała i wyciągnęła się na tapczanie.
      Podniosłem się i poszedłem do kuchni.
- Masz okazję zrobić zakupy - uśmiechnęła się do mnie babcia. Wiedziała, że bardzo to lubię. Od pół roku kupowałem już różne rzeczy w budce warzywnej koło naszego domu. - Kup koperek i kalafior, zgoda? - spytała, wręczając mi siatkę z portmonetką.
      Pobiegłem w podskokach. W kolejce stało kilka osób, ale nie nudziłem się, bo akurat stuknęły się dwa samochody i było bardzo fajnie. Kierowcy się kłócili, czyja wina, i ludzie, którzy to widzieli, też, a potem przyjechała policja, wszystko oglądała i coś pisała w zeszycie.
- Babciu! - zawołałem po wejściu do domu. - Fiat walnął poloneza, wiesz?
      Ale babcia nic nie odpowiedziała, za to usłyszałem wrzaski Izy:
- Tu! Tu łazi! Babciu, zobacz!  Iza skakała po swoim tapczanie i krzyczała, a babcia chodziła na czworakach po pokoju. Kiedy stanąłem w drzwiach, obie spojrzały na mnie, a Iza syknęła:
- Znowu naznosiłeś jakichś glist do mieszkania...
- One są w słoiku - zacząłem się bronić. - Nikomu nie przeszkadzają.
- W słoiku! - wrzasnęła moja siostra. - Były, ale wylazły.
- Nie zamknąłeś słoika - powiedziała babcia, wstając. - Pokrywka leżała obok.
- Zapomniałem... - zmartwiłem się. - Ona tak szybko wleciała do pokoju, a ja akurat je karmiłem... Ale na pewno nie poszły daleko... One nie umieją szybko chodzić. To są ślimaki, a nie żadne glisty.
- Obrzydliwe! - krzyknęła Iza.
- Ja je zaraz znajdę - zacząłem się rozglądać. W słoiku koło babci były dwa ślimaki.
- Te wspinały się na twoje łóżko - powiedziała babcia.
- Boję się usiąść... - jęczała Iza.
- Ile ich było? - spytała babcia.
- Jeszcze trzy - wzruszyłem ramionami.
      Tyle hałasu o parę małych zwierzątek. Zobaczyłem jedno z nich na parapecie i wziąłem ostrożnie do ręki. Przestraszony ślimak schował rogi.
- "Ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi" - zadeklamowałem uroczyście, ale babcia pogoniła mnie:
- Pospiesz się, Jasiu. Wolałabym, żeby - jak wrócą rodzice - nie było już tutaj tej menażerii...
- Ale, babciu - zacząłem ją prosić. - Ja będę zamykał słoik, naprawdę, pozwól mi.
- Nie zgadzam się!!! - darła się Iza. - To też mój pokój. Ja się będę bała! Ja nie chcę!
- Sam widzisz. - Rozłożyła ręce babcia. - Nie ma o czym mówić. A poza tym będzie im lepiej na wolności. Tak samo jak świerszczom. Tak lubisz zwierzęta, a więzisz je. To nie jest w porządku.
- Tam! - krzyknęła Iza. Czwarty ślimak sunął przy ścianie w kierunku drzwi.
      Zazgrzytał klucz w zamku.
- Hej! - zawołał tatuś. - Co to za obyczaje! Nikt mnie nie wita. - A zaraz potem krzyknął: - Ojej! A co to?
      Kiedy przybiegłem go uściskać, trzymał w dwóch palcach wyciągniętej ręki kapeć. Zabrałem delikatnie ślimaka, leżącego na jego szarej flanelce, i zaniosłem do słoika.
- A teraz wiesz, Jasiu - powiedziała babcia - co masz zrobić?
- Nie mogę ich wypuścić byle gdzie - zaprotestowałem. - Tu na pewno nie będzie im się podobało. Nie ma żadnych gęstych krzaków ani nic. A zaraz za trawnikiem jest jezdnia. Mogłyby wpaść pod samochód. Sama wiesz, jak one się wloką. Nie mogą przed niczym uciec.
- Nie martw się - pocieszył mnie tatuś. - Po obiedzie przejdziemy się do parku. Tam poszukamy czegoś specjalnie dla nich. A skąd ty je właściwie przyciągnąłeś?
- Z wycieczki.
- Nieźle - roześmiał się. - To jest ten słój po ogórkach, którego mama szukała...
- Nie mów jej lepiej, co? - poprosiłem.
- Zgoda - powiedział tatuś. - Ale pod jednym warunkiem... Domyślasz się, jakim?
       Pokręciłem głową, chociaż, tak naprawdę, wiedziałem, że chodzi im wciąż o to samo.
- Obiecaj, Jasiu - spojrzał na mnie tatuś, marszcząc brwi. - Żadnych mieszkańców więcej w naszym domu. Dogadaliśmy się?
- Tak - mruknąłem, chociaż nie bardzo mogłem to sobie wyobrazić.
- Chodźcie na obiad - zaprosiła nas babcia. - Ziemniaki wystygną.
- A mama? - spytała Iza.
- Powinna zaraz przyjść. Coś się spóźnia... - spojrzała na zegarek babcia.
- Może jeszcze chwilkę poczekajmy - zaproponował tatuś i właśnie wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi, i byliśmy już w komplecie.
- Nie ma do mięsa żadnej jarzynki? Zdziwił się tatuś, kiedy babcia podała drugie danie.
- Oj, zapomniałam... - zmartwiła się babcia. - Trzeba przynieść z piwnicy żurawiny.
- Ja przyniosę - zaproponowałem.
- Nie otworzysz kłódki - powiedziała mama A zresztą skąd będziesz wiedział, jak wyglądają?
- Wszystko wiem - oburzyłem się. -^Prawda, babciu? Jak ostatnio byliśmy razem w piwnicy, to kto otwierał drzwi? No, powiedz?
- Dobrze już, dobrze ... - Roześmiała się babcia. - Rzeczywiście, Jaś otwierał. Niech spróbuje. Tylko szybko wracaj! Krzyknęła jeszcze, kiedy zbiegałem po schodach.
      W piwnicy było zupełnie inaczej niż gdzie indziej, ciekawie pachniało i przez szpary między deskami można było zobaczyć, co kto ma u siebie pochowane. U nas stała stara szafka, a w niej poustawiane różne słoiki. Od kiedy mama zrobiła porządki, dużo mniej lubiłem tu przychodzić. Wziąłem słoik z półki, na której stały żurawiny i właśnie wtedy coś pisnęło. Najpierw troszkę się przestraszyłem, ale nie bardzo, a zaraz potem ujrzałem go. Był niesamowicie malutki, rozczochrany, brązowy z niebieskimi oczami. Trząsł się, chyba ze strachu, a kiedy go podniosłem, wczepił mi się pazurkami w sweter i znów zapiszczał. Był bardzo chudy, po prostu nic nie ważył.
- Kiziulek... - szepnąłem, gładząc jego nastroszone futerko. - Nie bój się... Ja się nazywam Jasio, wiesz? I to jest moja piwnica. Możesz sobie tu mieszkać, jak długo chcesz... No, co się trzęsiesz? Pewnie jesteś głodny... Przyniosę ci zaraz coś do jedzenia. Zaraz. Tylko czekaj na mnie, dobra? Teraz muszę już lecieć, ale potem sobie pogadamy...
      Z wora ze starymi ubraniami wyciągnąłem sukienkę Izy i zwinąłem ją w kącie. Położyłem na niej delikatnie kotka i zamknąłem drzwi na kłódkę. Przyłożyłem jeszcze oko do szpary w deskach, ale nic nie było widać.
- Nareszcie! - krzyknęła Iza, kiedy wróciłem.
- Dałeś sobie radę z kłódką? - spytała mama.
- Tak - kiwnąłem głową i przypomniałem sobie, że zostawiłem w piwnicy żurawiny.
- Ale widzę, że nic nie przyniosłeś - zdziwiła się babcia. - Zapomniałeś, gdzie stoją?
- Tak - skłamałem. - Ale już sobie przypomniałem i zaraz przyniosę.
- Głupi! - prychnęła Iza.
- Daj spokój - zgromił ją wzrokiem tato. - Siadaj szybko i jedz - powiedział do mnie. - Obejdziemy się bez żurawin.
      Zjadłem wszystko błyskawicznie, a mama cieszyła się, że nareszcie mam apetyt. Tym bardziej że zaraz potem poszedłem do kuchni i wziąłem kawałek kiełbasy.
- Zaraz wracam - powiedziałem i otworzyłem drzwi.
- Mamy iść do parku - przypomniał mi tatuś.
- Wiem - kiwnąłem głową.
- Gdzie idziesz? - spytała mama.
- Do piwnicy, po żurawiny.
- Już nie trzeba - roześmiała się.
- Będą na jutro - uparłem się i wyszedłem.
      Kiedy zobaczyłem, że kotka nie ma na jego posłaniu, poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła ze strachu.
- Kici, kici - zawołałem go niepewnie. - To ja, Jasio. Przyszedłem do ciebie. I przyniosłem ci kiełbasę. Nie mogłem szybciej, naprawdę.
      Z kąta za szafą popatrzyły na mnie niebieskie guziczki oczu.
- Jesteś! - ucieszyłem się i wziąłem go na ręce. - Masz - podetkałem mu pod nos kiełbasę, ale odwrócił się i chwycił do pyszczka mój sweter. Ssał go przez chwilę, a potem wypuścił i zapłakał.
- Kiciuniu - pogłaskałem go, a on znowu zapiszczał. - Będziesz się nazywał Piotruś, chcesz? - wyszeptałem. - I będziesz tylko mój. Zupełnie mój, rozumiesz? Nikt nie będzie o tobie wiedział. Tylko ja. Wziąłbym cię do domu, ale nie mogę. Oni się nie zgodzą. Ale tutaj też będzie ci dobrze. Będę ci przynosił jedzenie i w ogóle wszystko co trzeba. I będę do ciebie często przychodził, i rozmawiał z tobą. Ale dlaczego nie chcesz tej kiełbasy? No, zobacz, jaka dobra...
- Odgryzłem kęs, żeby go zachęcić. - No, jeden gryz ty, jeden ja... - Piotruś znów zapiszczał, a kiedy wypuściłem go na podłogę, zrobił siusiu.
- Będziesz musiał nauczyć się robić do tacki...
- Przypomniałem sobie, jak to jest u mojego kuzyna Krzyśka. - Do tacki z papierem. Jak tylko wrócę z parku, przyjdę do ciebie. I przyniosę ci tackę. I może jeszcze coś, co będzie ci bardziej smakowało od kiełbasy.
       Nie byłem pewien, czy Piotruś słuchał uważnie, bo wygrzebał z jakiegoś kąta duży guzik i turlał go po podłodze, nie zwracając na mnie uwagi.
- Pa, na razie - pożegnałem go i pobiegłem na górę.
      Dla ślimaków znaleźliśmy z tatusiem bardzo fajny kąt, ocieniony, z dala od głównych alejek, pełen różnych chaszczy i wysokich traw. Tatuś powiedział, że jest to wyjątkowo zapuszczone miejsce i że park nie powinien tak wyglądać, ale myślę, że ślimakom bardzo się podobało. Było mi trochę przykro, gdy straciłem je z oczu, ale nie bardzo, bo myślałem wciąż o Piotrusiu i o jego guziku, i jeszcze o tym, jak ssał mój sweter, i o kiełbasie, którą mu zostawiłem.
- Nie martw się - powiedział tatuś i poklepał mnie po plecach. - Masz ochotę na watę cukrową?
- Nie - pokręciłem głową. - Muszę wracać.
- Jak to? - zdziwił się tatuś. - Dlaczego?
- Nie mogę ci powiedzieć. - Poczułem, że się czerwienię.
- Tajemnica? - zażartował tatuś.
- Tak - kiwnąłem głową z powagą.
      Jak ja z nim sobie poradzę? - zmartwiłem się nagle, przypominając sobie znów wzgardzoną kiełbasę i płacz Piotrusia.
- W porządku - wzruszył ramionami tatuś. - Wracamy. Może kiedyś, jak dostaniemy wreszcie większe mieszkanie - odezwał się nagle - będziesz mógł mieć jakiegoś przyzwoitego zwierzaka.
- Przyzwoitego? - zdziwiłem się.
- No, to znaczy psa albo kota... Coś takiego, z czym można się zaprzyjaźnić. - Bo nie sądzę, żebyś mógł się zaprzyjaźnić ze ślimakami.
      To nie była prawda, ale nie powiedziałem tego głośno. Spytałem z nadzieją:
- Lubisz koty?
- Niespecjalnie - przyznał. - Mogę chyba powiedzieć, że są mi obojętne.
- Nawet takie zupełnie małe?
- Wszystkie - roześmiał się tatuś.
- A znasz się na kotach? - Pomyślałem, że mogę się czegoś dowiedzieć.
- Na rasach? - spytał.
- Nie - pokręciłem głową. - Tak w ogóle. Co jedzą, piją i takie tam różne.
- To wiem... mniej więcej - zawahał się tatuś. - Jedzą mięso i ryby. Myślę, że też jajka i ser. A piją mleko. No i wodę.
- A kiełbasę lubią? - spytałem.
- Owszem - przytaknął tatuś i roześmiał się. - Oj. Bo pomyślę, że masz teraz pod łóżkiem w słoiku jakiegoś kota.
- Oddałem babci słoik - powiedziałem z godnością. To wcale nie było śmieszne. Wyobraziłem sobie Piotrusia w słoiku po ogórkach i aż wzdrygnąłem się ze strachu. - A takie zupełnie małe koty - upewniłem się jeszcze, bo wchodziliśmy właśnie na nasze podwórko - też jedzą kiełbasę?
- Wszystkie niemowlęta, kocie też - wytłumaczył mi tatuś - piją tylko mleko. Tym razem, kiedy otworzyłem piwnicę, Piotruś leżał na posłaniu, które mu umościłem.
- Mądry Piotruś - ucieszyłem się i postawiłem przed nim spodek mleka. Kiełbasa leżała nietknięta w kącie.
- Miałem kłopoty, żeby do ciebie przyjść. Nie chcą mnie samego wypuszczać, wiesz? No, co nie pijesz? - przysunąłem mu spodek pod sam nos. Spojrzał bezradnie i zapiszczał cicho. Umoczyłem palec w mleku i dałem mu polizać. Ożywił się wyraźnie. Zlizał wszystko, i jeszcze, i jeszcze raz, a kiedy spodeczek był już pusty, zaczął mi ssać palec.
- Ty niemowlaczku - rozczuliłem się i wziąłem go na ręce. Wsunął mi nos pod pachę i zaraz zasnął. Położyłem go w kącie i wyszedłem ostrożnie, na palcach, żeby go nie zbudzić.
      W nocy źle spałem, bo ciągle wyobrażałem sobie Piotrusia samego w ciemnej piwnicy i martwiłem się o niego. Czy się nie boi i czy nie jest głodny. Rano nie mogłem doczekać się, żeby Iza wreszcie poszła do szkoły.
- Babciu! - krzyknęła, kiedy tylko wstałem i zacząłem się ubierać. - Dlaczego Jasiek nie śpi?
       Babcia stanęła w drzwiach pokoju i ............
                                       
... a co dalej usłyszycie na następnym spotkaniu.
Do zobaczenia

niedziela, 2 marca 2014

Niewidzialny Tonino

fragment          Gianni  Rodari                                           

      Dzień po swoich urodzinach, idąc do szkoły, Tonino De Rosa myślał ze smutkiem: „Nikt nie może zmuszać biednego chłopca, żeby odrobił zadania i przeczytał pięć stron z historii w dniu, w którym kończy on dziesięć lat. I rzeczywiście, nikt mnie nie zmusił. Tylko co ja teraz powiem nauczycielowi? O moich urodzinach nie będzie nawet chciał słyszeć. Złoży mi życzenia, a potem poprosi, żebym pokazał mu zadanie".
      Chociaż mówiąc prawdę, najprawdziwszą prawdę, mama próbowała przypomnieć Toninowi, że życie nie składa się tylko z przyjemności, takich jak urodziny, imieniny, torty i prezenty.
      - A praca domowa, Tonino?
      -  Nie mam, mamo.
Kłamstwo wyszło szybciutko, zanim Tonino zdążył w ogóle o nim pomyśleć: pojawiło się samo, skryło w jakimś zakamarku i w odpowiedniej chwili (to znaczy w chwili wyjścia z tatą do kina) samo wyskoczyło, prawie się kłaniając:
       - Żadnej pracy domowej i żadnych lekcji.
      W kinie „Eden" grali film o Indianach i prawdopodobnie kłamstwo miało wielką ochotę na niego pójść. Podczas filmu Tonino zapomniał o pracy domowej, a także o kłamstwie: nie było to zresztą zbyt trudne, bo na ekranie królował wielki wódz Indian Grzmiący Orzeł.
      „I co teraz?" - pomyślał znów Tonino, przekraczając próg szkoły.
Na schodach pomyślał to samo: „A teraz?".
      Był tak przejęty, że znalazł się w swojej ławce - trzeciej w drugim rzędzie w piątej B - nie pozdrowiwszy ani jednego kolegi, nie pogadawszy ani chwili z Białym Murzynem - czyli Robertem Castellim - który zyskał ten przydomek, bo jego włosy były kędzierzawe jak u czarnoskórych.
      Roberto, Biały Murzyn, siedział w pierwszej ławce w piątym rzędzie; ale on też musiał być bardzo przejęty, skoro nie wybiegł Toninowi naprzeciw, żeby opowiedzieć mu o którymś ze swoich dziwacznych pomysłów. Tonino dostrzegł kręconą czuprynę pochyloną nad książką do historii: Biały Murzyn powtarzał zadaną lekcję.
      W tym właśnie momencie do klasy wszedł nauczyciel, poważniejszy niż zwykle, prawie surowy. Tonino spojrzał rozpaczliwie na zamknięte drzwi, na okna szczelnie pozamykane przed listopadową mgłą. Ach, gdyby tak można było uciec na zewnątrz, owijając się płaszczem z mgły; gdyby tylko można było stać się nie-widzialnym, choćby na jeden dzień!
      - Tonino De Rosa! - zawołał nauczyciel, który zaczął właśnie sprawdzać listę uczniów.
      - Obecny! - odpowiedział Tonino.
      - De Rosa - powtórzył nauczyciel. - Czemuż to nie ma De Rosy?
      - Jestem tu, panie profesorze.
      - Nikt z was nie widział De Rosy?
      - Nie, panie profesorze - głos należał do Białego Murzyna. Połowa klasy wpatrywała się w ławkę Tonina, jakby nikogo tam nie było. Tonino roześmiał się, pomimo wszystkich smutnych myśli.
      - Ale przecież jestem tutaj. Nie widzicie mnie?
Nikt go nie słuchał. Wręcz przeciwnie, nauczyciel przykazał Białemu Murzynowi:
      - Castelli, zajdź po południu do De Rosy, zobacz, jak się czuje i dowiedz się, czy nic mu się nie stało. - Po czym wrócił do sprawdzania listy.
Nagle Tonino zrozumiał: stał się niewidzialny, tak jak o tym marzył. Wystarczyło tylko tego zapragnąć i udało się. Nikt nie mógł go zobaczyć, usłyszeć jego głosu. A jeśli nawet ktoś widział Tonina wchodzącego do szkoły, już dawno o tym zapomniał.
      „Ale numer!" - pomyślał Tonino, zaskoczony. I od razu odetchnął: „Całe szczęście, nie będą przecież pytać kogoś, kogo nie widać".
      Zapragnął natychmiast wykonać małą próbę: wstał ze swojej ławki i stanął koło tablicy. Nikt nawet nie spojrzał w jego stronę, tak jakby w ogóle nie istniał.
      Chodził w tę i z powrotem pomiędzy ławkami, ostrożnie, małymi kroczkami: i nic! Nikt nie podniósł głowy, nikt się nie odwrócił. Tonino roześmiał się po raz drugi, prosto w twarz Roberta. Ale Biały Murzyn dalej tarmosił kędzierzawe włosy, myśląc o lekcji historii.
      Tonino często dumał o najróżniejszych wspaniałych rzeczach, które mógłby zrobić, gdyby był niewidzialny. Ale teraz, kiedy spotkało go to przedziwne szczęście, nie wpadł na lepszy pomysł niż pociągnięcie za włosy Białego Murzyna. Wyciągnął rękę w stronę kręconej czupryny przyjaciela i pociągnął: ani za mocno, ani za słabo.
      Biały Murzyn odwrócił się rozdrażniony i zmierzył wzrokiem ucznia, który siedział w ławce za nim, niejakiego Mottę, najbardziej pokojowo usposobioną istotę na świecie, której kieszenie i buzia były zawsze pełne landrynek, miętówek, cukierków anyżkowych oraz podobnych specjałów.
      - Co ci strzeliło do makówki? - wycedził Biały Murzyn.
     - Do makówki? - powtórzył Motta, zdziwiony. A potem uśmiechnął się: - A, rozumiem, chcesz miętówkę.
      - Zatrzymaj sobie swoje miętówki i zostaw mnie w spokoju.
      - Ale co ja takiego zrobiłem?
      - Słuchaj, nie zgrywaj niewiniątka. Kłamczuch!
Z wrażenia, że został nazwany „kłamczuchem", pokojowy Motta naraz połknął pół kawałka amerykańskiej gumy, którą żuł od godziny.
      Tonino roześmiał się i żeby móc lepiej rozkoszować się sceną, jakby tego było mało, usiadł na ławce amatora landrynek: przecież nikt go nie widział, nikt więc nie mógł go zganić za tę niezbyt odpowiednią pozycję. Ale nawet jeśli nauczyciel nie mógł zobaczyć Tonina, mógł mimo wszystko zorientować się, że od paru minut między pierwszą a drugą ławką w tym rzędzie toczyła się regularna bitwa.
      - Co tam się dzieje? - zapytał surowo.
      - Nic takiego, panie profesorze - skłamał natychmiast Biały Murzyn.
      - To nieprawda, on nazwał mnie kłamcą! - poskarżył się Motta.
      - A on pociągnął mnie za włosy.
    - To nieprawda, nieprawda! - wykrzyknął Motta z całą szczerością serca osłodzonego ratafią, truskawką i ananasem.
Tonino zeskoczył zwinnie na ziemię, pobiegł na koniec sali i pociągnął za włosy Paola Barbiego, najbardziej rozczochranego chłopca w całej klasie, nazywanego przez to Kosmykiem.
    - Panie profesorze, mnie też ktoś pociągnął za włosy! - wrzasnął Kosmyk, wskazując oskarżycielsko palcem na Rivellego, który akurat z namaszczeniem dłubał palcem w nosie.
      - Ja? - zaprotestował ze zdziwieniem niesprawiedliwie oskarżony przerywając swoją pracę, ale nie wyjmując palca z nosa.
W kilka chwil niewidzialny Tonino okrążył klasę, pociągając za włosy to jednych, to drugich, wzbudzając tym samym falę lamentów, protestów, oskarżeń i wrzasków.
      - Spokój! Spokój! - krzyknął nauczyciel, uderzając z trzaskiem linijką o katedrę. - Dość już tych żartów!
     Tonino śmiał się do rozpuku, trzymając się za brzuch: śmiał się tak bardzo, że aż poturlał się za tablicę i wylądował z ręką w koszu na makulaturę. Jeszcze nigdy tak dobrze się nie bawił.
      „Ale będzie śmiechu, jak powiem Białemu Murzynowi, że to wszystko moja sprawka!" - pomyślał. Rzucił okiem na Białego Murzyna, wychylając się spod tablicy. Chłopiec znów z uwagą i skupieniem słuchał nauczyciela, który właśnie wyjaśniał, na czym polega rozbiór logiczny. Za to widoczna za jego plecami okrągła twarz Motty wyrażała zdumienie i oburzenie: Motta był tak zdziwiony, że nie mógł znaleźć landrynki, którą chętnie wetknąłby sobie do buzi; cały czas przeszukiwał nerwowo kieszenie i kieszonki.
      „Wygląda, jakby się drapał - pomyślał Tonino. - Może ma pchły? Ech, trzeba przyznać, udał mi się ten żart, nie ma co".
      Ale im dłużej o tym myślał i to powtarzał, tym mniej był przekonany że jest z siebie dumny. Tak naprawdę żart był raczej głupi. Ciągnąć kogoś za włosy, też coś! Czy trzeba było aż stać się niewidzialnym, żeby o czymś takim pomyśleć? Należało wymyślić coś nowego, oryginalnego, coś, co przeszłoby do historii. I co nie trwałoby tak krótko.
      Skulony za tablicą Tonino myślał, myślał i w końcu wpadł na pomysł, który wydał mu się zabawniejszy od wszystkich pozostałych. Popchnął lekko tablicę, która zaczęła powolutku obracać się, jeżdżąc na dwóch nóżkach. Potem zaczął pchać mocniej.
      Chwilę później solidna czarna tablica, uświęcona przykładami nauczyciela i pisanymi w pocie czoła przez całą klasę zadaniami z arytmetyki, obracała się wokół własnej osi w zawrotnym tempie, ukazując kolejno obie strony.
      Nauczyciel był człowiekiem poważnym i dostojnym: kiedy zorientował się, że oczy wszystkich uczniów są wlepione, jak mu się wydawało, w okno, zdjął okulary i położył je przed sobą na katedrze, niczym żołnierz, który poprawia karabin.
      Nauczyciel za nic w świecie nie odwróciłby głowy w tamtą stronę: nie był kimś, kto pozwala sobie na rozproszenie z powodu szerszenia czy przelatującego właśnie aeroplanu.
      - Widzę, że jak zwykle bardziej interesuje was to, co dzieje się za oknem, niż to, co mówi wam nauczyciel. O co chodzi tym razem? Przylecieli Marsjanie?
      - Tablica, panie profesorze! - odpowiedział wystraszony Biały Murzyn, podrywając się na równe nogi.
      Tablica wirowała jak skrzydło wiatraka w czasie porywistego wiatru. Trzeba przyznać, że całe przedstawienie godne było zainteresowania, jakie wywołało. Nie co dzień zdarza się widzieć tablicę, która obraca się sama z siebie wokół własnej osi tak szybko, że trudno odróżnić jej przód i tył.
Nauczyciel zdecydował się zerknąć w zakazanym kierunku: to, co zobaczył, sprawiło, że zawirowało mu w głowie jeszcze szybciej, niż obracała się tablica. Zeskoczył z katedry z impetem godnym Don Kichota atakującego wiatraki i po dwóch czy trzech próbach zdołał pochwycić drewnianą ramę, zatrzymując tablicę z taką siłą, że niewidzialny Tonino dostał cios w podbródek i wpadł do kosza na makulaturę.
      - To były zjawy!
      - Duchy!
      - Trzęsienie ziemi!
      - Cisza! Cisza, panowie!
Ten ostatni głos, z pewnością go rozpoznaliście, należał do nauczyciela. W najpoważniejszych chwilach wypływało z jego ust tak podniosłe i gniewne „panowie", że cisza, niewidzialna jak powietrze, tłumiła natychmiast najmniejszy hałas, i wręcz pozbawiała uczniów tchu.
      -  Panowie, nie mam zwyczaju tolerować takich głupstw. Zjawy, Marsjanie i inne duchy nie mają prawa wchodzić do tej szkoły, gdzie przebywają wyłącznie osoby obdarzone zdrowym rozsądkiem.
Zapadła cisza. Także i Tonino, skulony w wiklinowym koszu, czuł, że serce bije mu gwałtownie i szybko jak karabin maszynowy. Nauczyciel nie mógł go z pewnością zobaczyć, ale on - niewidzialny Tonino - niczym zjawa zmuszona do ucieczki przez osobę obdarzoną zdrowym rozsądkiem, bardzo się wstydził.
      - Ten żart z tablicą - kontynuował nauczyciel - był niemądry. Albo panowie wyjawią mi do południa jego autora, albo nie będą mogli opuścić sali. Zostaniemy tu tak długo, aż znajdzie się winowajca. A teraz wróćmy do naszej lekcji.
Winowajca powolutku wstał, wyszedł ze swojej kryjówki, przeszedł na palcach przez całą klasę, przeszedł niezauważony przed czterdziestoma parami oczu (licząc nauczyciela), dotarł do drzwi i je otworzył...
      -  Panie profesorze, drzwi! Otworzyły się same! Tonino nie został już, żeby zobaczyć, jak wszystko skończy się tym razem i usłyszeć co powie nauczyciel: wystrzelił jak z procy, rzucił się schodami w dół, potrącił woźnego, który nie widząc sprawcy czynu, stanął jak wryty; Tonino znalazł się na ulicy i wskoczył do ruszającego tramwaju.
      Za bilet, ma się rozumieć, nie zapłacił: żaden kontroler nie odkryłby przecież nigdy takiego gapowicza. Tu moi czytelnicy zapewne westchną: Och, jak pięknie jest być niewidzialnym... podróżować za darmo, i to nie tylko tramwajem, ale też pociągiem, aeroplanem...
      Powoli, spokojnie. Przygody niewidzialnego Tonina jeszcze się nie skończyły. Poczekajcie, zanim zdecydujecie, czy jest mu czego zazdrościć.
... ciąg dalszy tylko w książce.