środa, 4 listopada 2015

Legenda o Syrence Warszawskiej

Na podstawie legendy napisanej przez Artura Oppmana.

1.

— A widzieliście ją, tę niby syrenę, kumie Szymonie?
— Widzieć nie widziałem, kumie Mateuszu, bo drzewa przesłaniały źródełko, a bliżej podejść jakoś się bałem.  Ale słyszałem jak śpiewa.
— Syreny śpiewają?
— Jakże to? Nie wiecie o tym, kumie Mateuszu? Śpiewają! Jeszcze jak! Głos tak się rozchodził po Bugaju, po Wiśle, hen, aż za rzekę, jakby dzwonek srebrzysty dzwonił. Słuchałbyś dniem i nocą.
— No i co dalej? Co dalej?
— Ano, nic dalej. Słuchałem, słuchałem, a radość jakaś i szczęście, rozpływały mi się po kościach. W końcu śpiewanie ucichło. Widocznie syrena schowała się na nocleg w źródełku, bo już słońce zachodziło. Ja powlokłem się do chaty, ale spać nie mogłem, tylko o tej syrenie rozmyślałem.
— Ciekawe.... Warto by ją było wypatrzeć, zobaczyć.



— Ale jak? Przecież jeśli nas ujrzy,  ucieknie i skryje się w wodzie. A zresztą, może to grzech przyglądać się takiej niechrzczonej istocie i słuchać jej kuszącego śpiewania.
— Grzech nie grzech, nie wiadomo! Najlepiej zapytać o to ojca Barnaby, pustelnika. To człek mądry i pobożny; on podpowie co nam czynić należy.
— Słusznie mówicie, kumie Mateuszu, chodźmy do pustelnika Barnaby.
— Ano, to i chodźmy! Ryby przez ten czas z Wisły nie uciekną, a my się od duchownej osoby przeróżności dowiemy.

     Tak rozmawiali z sobą dwaj rybacy znad Wisły w owych zamierzchłych czasach, gdy na miejscu dzisiejszej Warszawy, a właściwie jej Powiśla, leżała niewielka rybacka osada, otoczona gęstymi lasami, w których roiło się od grubego zwierza: łosi, turów, wilków i niedźwiedzi.
.2.

— Więc powiadacie, że śpiewała?
— Naprawdę, śpiewała. Mówiłem przecie.
— Hm! I często sobie tak podśpiewuje?
— Codziennie! Jak tylko słoneczko ma się ku zachodowi, czerwienią i złotem pomaluje Wisełkę, zaraz się na Bugaju jej piosenka rozlega.
— I długo tak nuci?
— Do zachodu. Jak się tylko ciemno zrobi na świecie, już jej nie słychać.
— To nocami nigdy ze źródła nie wychodzi?
— Czy wychodzi, czy nie wychodzi, tego ja nie wiem, ale zapomniałem powiedzieć, że w pełnię księżyca też śpiewa. Nieraz mnie ze snu budzi blask księżycowy, co do chałupy zagląda: siadam sobie na posłaniu, aż ci tu odgłos jakowyś słychać z daleka; jakby skowronek, jakby dzwonek, jakby skrzypeczki lipowe: to ona.
— O to mi chodziło właśnie. Więc trzeba tak zrobić…
Tu ojciec Barnaba zadumał się na długą chwilę, a obaj rybacy czekali w skupieniu, aż namyśli się, co poradzić.        
          Ojciec Barnaba był to starzec wysoki, chudy, siwobrody, łysy jak kolano, odziany w długą samodziałową szatę. Na pomarszczonym jego obliczu rysowały się powaga i dobroć. Wszyscy trzej siedzieli przed budką pustelnika, na ławie, uczynionej z dwóch pieńków, na których położono z grubsza ociosaną deskę. Było to lipcowe popołudnie i cudnie było w borze, pachnącym żywicą i kwiatami. Ptaki śpiewały radośnie, pszczoły wesoło brzęczały, a zielony dzięcioł w czerwonym kapturku stukał dziobkiem, jak młotkiem, w korę rozłożystego dębu i wydłubywał robaki.
          A ojciec Barnaba namyślał się, namyślał, aż rzecze:
— Więc trzeba tak zrobić: w pełnię miesiąca wybierzemy się we trzech do źródełka; do odzień naszych przyczepić należy gałęzi świeżo zerwanych, najlepiej lipowych, kwiatem okrytych, żeby syrena człowieka nie poczuła, bo się nie pokaże. Zaczaimy się przy samym źródle, a gdy wyjdzie i śpiewać zacznie, wtedy zarzucimy na nią sznur, spleciony z cienkich witek wierzbowych, święconą wodą skropiony. Takiego żaden się czar nie ima. Zwiążemy i miłościwemu księciu na Czersku zawieziemy w darze. Niech ją na zamku trzyma i niech mu wyśpiewuje.
          Ale uszy woskiem musimy sobie zatkać, żeby jej narzekań i lamentów nie słyszeć, bo inaczej serce w nas tak zemdleje, że nie będziemy mieli mocy wziąć jej w niewolę. Srodze jest żałosne syrenie śpiewanie.
— Tak jest, jak mówicie, ojcze Barnabo; wiem ci ja o tym, bom te piosenki słyszał. Żaden miód, choćby najprzedniejszy, tak człowieka nie upoi, jako ten głos syreny. Więc tedy do pełni księżyca?
— Tak jest, do pełni.
          I rozeszli się w swoje strony. Rybacy nad Wisłę do zarzuconych sieci, a ojciec Barnaba na modlitwę.

3.

          Tam, gdzie dziś nad wybrzeżem Wisły, nieopodal kamienic Starego Miasta rozciąga się ulica, Bugaj zwana, przed wielu, wielu laty szumiał las zielony, odwieczny.  W lesie tym z pagórka wznoszącego się nad rzeką, tryskało źródło i rozlewało się w głęboki, bystro płynący potok.
           Nad potokiem rosły białokore brzozy i wierzby. Moczyły w nim swoje długie, pokrzywione gałęzie. Polne róże i niezapominajki haftowały kwiatkami zielony traw kobierzec.
W tym to właśnie potoku mieszkała syrena.
           Była piękna, pogodna noc. Srebrzysta pełnia żeglowała przez błękitne, usiane gwiazdami niebo i przyglądała się ziemi uśpionej, lasowi i źródłu. 
            Ale w lesie nie wszyscy spali.
Zza brzóz i wierzb, stojących nad potokiem, widać było trzy skulone postacie. Przycupnęły wśród krzaków gęstych i ciekawymi oczyma patrzyły w wodę potoku, mieniącą się srebrzyście od blasków tarczy księżyca. Byli to dwaj rybacy, Szymon i Mateusz, i pustelnik, ojciec Barnaba.
            Nagle z wody wynurzyła się przecudna postać. Była to dziewczyna nadziemskiej urody. W świetle księżyca widać ją było doskonale. Miała długie kruczoczarne włosy, pierścieniami spływające na białą, jak z marmuru wyrzeźbioną szyję. Szafirowe jej oczy wzniesione ku górze, patrzyły dziwnie przejmująco i smutno. Twarz syreny ozdobiona lekkim rumieńcem tchnęła takim czarodziejskim urokiem, że przyglądającym się jej rybakom aż serca zamarły ze wzruszenia.
            Syrena chwilę trwała w milczeniu, zapatrzona w niebo i w gwiazdy i nagle w ciszy tej czarownej nocy zadźwięczał śpiew tak piękny, tak kryształowo czysty, że zdawało się, iż i księżyc, i gwiazd miliony, i ziemia, i niebo zasłuchały się w nim bez pamięci.
            Wtem wszyscy trzej wyskoczyli z krzaków cicho, bez szelestu i rzucili się na syrenę szybciej niż ryś drapieżny rzuca się na przebiegającą łanię. Skrępowali ją powrósłem z witek wierzbowych splecionym i wyciągnęli z wody.
            Próżno się szamotała nieszczęsna, próżno ich ludzkim a cudnym zaklinała głosem. Głos ten wzruszyć ich nie mógł, gdyż, wedle rady ojca Barnaby, uszy mieli woskiem szczelnie zatkane.
— Co teraz począć? Co z nią począć? — zaczęli pytać obaj rybacy zdyszanym, gorączkowym głosem.
— Co począć? — rzeknie pustelnik — poczekajcie, zaraz wam powiem.

            Nim ją do księcia na Czersku zawieziem, a wieźć przecież nie będziem po nocy, zamkniemy syrenę w oborze, a pilnować jej będzie pastuch, Staszek. Skoro świt wóz drabiniasty sianem wymościm i jazda do Czerska! Dobrze mówię?
— Dobrze mówicie, ojcze Barnabo, mądrze mówicie!


           Księżyc jasno świecił nad polanką, gdzie rybacy złożyli skrępowaną syrenę. Do pasa była to panna nad podziw urodziwa, od pasa zaś ryba srebrzystą łuską błyszcząca. Leżała biedna bez ruchu, z zamkniętymi, cudnymi oczyma, ręce wzdłuż ciała opuściła i tylko rybi ogon, długi a giętki, uderzał kiedy niekiedy w ziemię, zupełnie jak u wyjętego z wody karpia lub szczupaka.
— Czas nam w drogę — przemówił pustelnik — bierzcie ją!
            Szymon i Mateusz dźwignęli syrenę i ponieśli ją w stronę wioski.

4.
— Otwieraj, Staszku!
— Otwieraj no co prędzej! Cóż to? Zarżnęli cię zbóje, że się nie ruszasz?
— Nie gramol się, gamoniu! Szybciej! Szybciej!


            I rozległy się głośne uderzenia pięści Szymona i Mateusza we wrota obory. Wraz z pustelnikiem Barnabą, dobijali się uporczywie do wielkiego, drewnianego budynku, w którego ścianach, przez wycięte otwory, widać było rogate krowie łby.
— A co tam? Kto tam? Toć idę już, idę! A któż to tam tak łomoce po nocy? Pali się, czy co takiego?
            Zaszurał ktoś bosymi nogami i ziewnął szeroko.
            Chwilę później skrzypnęły wrota i z mroku wynurzyła się młodzieńcza postać pastucha Staszka.



— Wszelki duch Pana Boga chwali! A czego to chceta, ojcze Barnabo i wy Szymonie i Mateuszu?
— Cichaj! Syrena! O, widzisz? Syrena! Złapaliśmy ją! Niechaj tu przeleży do rana! O świcie do Czerska ją zawieziem, do księcia!
— Syrena? Jezusie, Maryjo! Prawda! Jakaż ona śliczna!
            Nie prawiłbyś byle czego! Śliczna! Czarownica, wiadomo! Taka ci najcudniejszą postać przybierze, aby tym łatwiej otumanić duszę.
— Boże miły! Prawdę mówicie? To ona dusze potrafi otumanić? I cóż ja mam z nią zrobić?
— Pilnować do rana! Ale pilnuj bez ustanku. Nie zdrzemnij się. Uważaj, żeby postronków nie zerwała, bo ucieknie.
— Ha! Każecie pilnować, to będę pilnował. A kiedyż po nią przyjdziecie?
— Skoro świt. Teraz ją położymy w oborze, niech leży.
— A ty, Staszku, pamiętaj: oka z niej nie spuszczaj! Patrz i patrz! Pod twoją opieką ją zostawiamy.
— Już wy się nie bójcie! Umiałem sobie dać radę z graniastym byczkiem to i z syreną poradzę.
— No, to bywaj zdrowy! Wrócimy niebawem.

5.

             Staszek został sam na sam z syreną. Leżała pod ścianą obory na wprost okna, a Staszek siadł naprzeciwko 
i tak, jak mu rozkazali, patrzył w nią bacznie, oczu z niej nie spuszczając.
            Księżyc świecił mocnym blaskiem i osrebrzał cudną twarzyczkę syreny. Jak gwiazdy jaśniały jej oczy wilgotne od łez, przesmutne. Patrzył nieustannie na syrenę, bo nigdy, nigdy nie widział podobnie ślicznej twarzy, pełnej nieziemskiego czaru.
            I nagle — syrena spojrzała na Staszka swymi czarodziejskimi oczami i zaśpiewała.
Zaśpiewała piosenkę bez słów tak cudną, że drzewa za oborą przestały szumieć, a krowy żuć przestały i zasłuchały się w piękną pieśń syreny.
            Staszek był na wpół przytomny. Jak żyje nie słyszał niczego podobnego. Uczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego, że jest jakiś lepszy, jakiś mądrzejszy.

            A syrena spojrzała wprost w oczy Staszka i rzekła:
— Rozwiąż mnie!
            Nie zawahał się ani na chwilę. Podszedł do niej i kozikiem rozciął krępujące ją sznury. Syrenka ślicznymi rękami objęła go za szyję i szepnęła:
— Otwórz wrota i chodź za mną.
            Usłuchał. Otworzył wrota na oścież i czekał, co się stanie.
Nie czekał długo. Syrena uniosła się ze słomy, na której leżała i skacząc na swoim rybim ogonie, przeszła przez wrota i skierowała się w stronę Wisły. Szła i śpiewała. Krowy poczęły ryczeć żałośnie, drzewa szumiały do wtóru jej piosence. Szumiały tak smutnie, aż niebo drobnymi łzami płakać zaczęło. A Staszek, jak urzeczony, szedł za nią bez woli, bez myśli.
            Ustał deszcz, wyjrzało słońce. Z domostw wychodzili ludzie i ze zdumieniem patrzyli na widok tak nadzwyczajny. 

A syrena szła i śpiewała. A gdy już była tuż, tuż nad brzegiem Wisły, odwróciła się, spojrzała ku wiosce i zawołała na głos cały:
— Kochałam cię, ty brzegu wiślany, kochałam was, ludzie prości i serca dobrego, byłam waszą pieśnią, waszym czarem życia! Czemuż wzięliście mnie w niewolę, czemuż chcieliście, abym w pętach, w więzieniu, na rozkaz książęcy śpiewała?
            Wam śpiewać chciałam. Na rozkaz śpiewać nie chcę i nie będę. Wolę skryć się na wieki w fale wiślane, wolę zniknąć sprzed waszych oczu i tylko szumem rzeki do was przemawiać. A gdy przyjdą czasy ciężkie i twarde, w lata krzywdy i klęski, szum fal wiślanych śpiewać będzie potomkom waszym o nadziei, o sile, o zwycięstwie.
            A tu tymczasem, pędem od wioski lecą ku brzegowi obaj rybacy i pustelnik stary i krzyczą:

— Łapaj, trzymaj, nie puszczaj!
            A syrena chlup, do wody, a za nią w te pędy Staszek. Skoczył, wynurzył się z rzeki, rozejrzał dokoła i zawołał:
— Bóg z wami!

I zniknął.

      Minęły lata i wieki. Na miejscu wioski miasto powstało, ludne, bogate, warowne, miasto - później stolica. Na pamiątkę przedziwnej przygody nad wiślanym brzegiem do dziś Syrena widnieje w herbie Warszawy.

wtorek, 6 października 2015

Złota Kaczka

fragment książki Wandy Chotomskiej  "Legendy polskie" 

       W czasach, kiedy Powiśle nie było jeszcze dzielnicą Warszawy, tylko wsią, nieopodal miejsca, gdzie teraz jest Pałac Ostrogskich   i gdzie na placyku obok wejścia do pałacowych podziemi jest fontanna z figurką kaczki w koronie - w lepiance pod wiślaną skarpą mieszkała uboga wdowa, która miała dwóch synów - Kubę i Marcina.
       "Koszykarze" - mówili o nich ludzie, bo wszyscy troje, żeby zarobić na życie, wyplatali z wiklinowych prętów koszyki, które matka sprzedawała potem na targu. A czasem oprócz koszyków, sprzedawała również fujarki, które z wierzbowych gałęzi wycinał jej młodszy syn, Marcin.
        Jedna z tych fujarek udała mu się nad podziw. Ledwie przyłożył ją do ust,  zaśpiewała tak pięknie, aż sam się zdziwił:
      - Zaczarowana, czy co?
A matka popatrzyła na niego i powiedziała:
      - Nie sprzedamy tej fujarki. Zostaw ją dla siebie, synku. I graj na niej ludziom na radość. Od serca graj.
Ale zaraz potem nadeszły smutne dni. Matka zachorowała, leżała w łóżku coraz bledsza, coraz słabsza, pieniędzy w domu było coraz mniej, nie starczało na jedzenie, na lekarstwa.
        I kiedy Marcin myślał, że już wszystko skończone, że nie ma żadnej nadziei, kiedy sądził, że nie pozostaje mu już nic innego, jak tylko iść i żebrać, wierzbowa fujarka zaśpiewała tak:

       - Tam, gdzie promień słoneczny nie trafi,
         gdzie nie sięgnie wierzbowy korzeń,
         Złota Kaczka pilnuje skarbów
         zatopionych w podziemnym jeziorze.

                                            Złota Kaczka w złotej wodzie
                                            złote pióra moczy -
                                            takich skarbów nie widziały jeszcze ludzkie oczy.

         Złota Kaczka w złotej grocie
         tańczy złoty taniec -
         kto się czarów nie przestraszy,
         złoty skarb dostanie.

                                            Ten, kto nocy nie będzie się lękał,
                                            i przez lochy przeprawi się ciemne,
                                            kto odważny, wytrwały i dzielny -
                                            znajdzie w grocie jezioro podziemne.

        - Pójdę tam! - zdecydował Marcin - Znajdę jezioro, skarb. Będziemy mieli pieniądze, kupimy lekarstwa dla mamy, jedzenie.
Ale starszy brat zatrzymał go w progu.
        - Skarb pod ziemią? Tutaj?
        - Jest! Na pewno jest. Fujarka mi powiedziała. Moja fujarka nie kłamie!
        - Baj, baju, będzie w raju - wzruszył ramionami Kuba. - W bajki to tylko dzieci wierzą. Nigdzie nie pójdziesz i koniec.
          Ale w duchu pomyślał sobie, że - kto wie? Może pod skarpą naprawdę coś jest? Nie żadna Złota Kaczka, oczywiście, ale może jacyś rabusie mieli tam kiedyś schronienie? Może coś po nich zostało? W krzakach pod urwiskiem jest dziura zawalona kamieniami. Może tamtędy wchodzi się do lochów? Więc może spróbować? Pójść tam?
          Poszedł jeszcze tej samej nocy. Poczekał aż matka i Marcin zasną  i poszedł. Przedarł się przez krzaki, odwalił kamienie zasłaniające wejście. Były ciężkie i śliskie, umazane mokrą gliną, ale jakoś dał sobie radę, zajrzał w głąb lochu, przez chwilę zawahał się. Ciarki mu po plecach przeleciały, bo chociaż noc była księżycowa, w środku było zupełnie czarno, ale zaraz pomyślał:
        - Co mi tam ... Raz kozie śmierć! - i wszedł.
Zanurzył się w wąski, ciemny korytarz, wypłoszył nietoperze. Szedł po omacku, rękami trzymając się zimnych, śliskich ścian - w dół, w dół, ciągle w dół. Coraz niżej, aż usłyszał plusk wody. Aż w oczy buchnął mu blask złotego jeziora.
          A po złotym jeziorze pływała Kaczka w złotej koronie i klekotała złotym dziobem:







- Chodzili po ziemi noce i dni,
zbierali, zbierali do beczki łzy,
bo moje bogactwo calutkie jest
z tych gorzkich i słonych,
z tych ludzkich łez ...




        - O kim ta Kaczka mówi? - zdziwił się Kuba i zaraz na drugim brzegu jeziora zjawiło się dwóch osobników turlających wielką beczkę. Mieli czarne fraki i czarne, trójgraniaste kapelusze, a jak się zatrzymali i zdjęli z głów nakrycia, to okazało się, że na łbach mają rogi, a spod fraków wyskoczyły im ogony.
        - Diabły! - przeraził się Kuba, patrząc jak rogatymi łbami biją przed Kaczką  pokłony i merdają ogonami na powitanie. Obydwaj wyglądali zupełnie tak samo, ale Kaczka widocznie ich rozróżniała, bo na jednego mówiła - Mściwiec, a na drugiego - Chciwiec.
          I zaraz wydała im rozkaz:
        - Mściwiec, Chciwiec, opróżnić beczkę!
        - Tak jest! - zasalutowali obydwaj i wylewając zawartość beczki do jeziora, wołali jeden przez drugiego:
        - Będziesz zadowolona, królowo. Beczka pełniutka!
        - Pozbieraliśmy łzy sierot, wdów, biedaków.
        - Płakały głodne dzieci.
        - I matki, które nie miały dla nich jedzenia.
        - Brawo! Brawo! - zaklaskała dziobem Kaczka podpływając do brzegu.
Pogłaskała diabły po rogatych łbach, zatrzepotała błyszczącymi skrzydłami. Spod piór sypnął się deszcz złotych monet. Kuba aż ręce wyciągnął do tego bogactwa.
          A diabły w krzyk:
        - Na kolana przed królową!
Ukląkł, złożył ręce jak do modlitwy:
        - Królowo, jestem biedny, mam chorą matkę, w domu nie ma co jeść, nie mamy pieniędzy ...
        - Myślisz, że dam ci moje złoto? - zdziwiła się Kaczka.
        - Niedużo, tylko trochę, żeby chociaż na lekarstwa dla mamy starczyło. I na chleb dla brata ...
        - Chi -chi, chleba mu się zachciało!
        - Chi -chi, lekarstwa chce kupić!
        - Patrzcie, jakie ma dobre serce! - rozchichotały się diabły.
        - Serce ... - zastanowiła się Kaczka. - Jeśli w zamian za złoto oddasz mi swoje serce ...
        - Oddam! Zrobię wszystko, co chcesz!
        - A cyrograf podpiszesz?
        - Podpiszę! - zgodził się natychmiast Kuba.
Ale kiedy diabły podsunęły mu pergamin, a Kaczka podała pióro przynaglając:
        - Pisz, pisz ... Ja ci podyktuję, a ty podpiszesz - przypomniał sobie, że nie umie pisać i zapytał:
        - A krzyżykami można?
        - Tfu! - splunął Chciwiec przez lewe ramię.
        - Tfu! - poszedł w jego ślady Mściwiec.
        - Wykluczone - oburzyła się Kaczka. - Wypluj to słowo. Tego, o czym mówisz, w ogóle się u nas nie używa!
        - Tfu! - splunął prędziutko Kuba. Też przez lewe ramię. Jak diabły.
Kaczka zdecydowała:
        - Sama spiszę cyrograf, a ty przypieczętujesz go odciskiem palca. I raz-dwa napisała na pergaminie:

                       "W zamian za złoto oddaję Złotej Kaczce to, co mam najdroższego - moje serce."

         - Pieczętuj - przyskoczył do Kuby Chciwiec. Złapał go za dłoń, wskazujący palec zanurzył w jeziorze i z całej siły przycisnął czubek palca do pergaminu.
         - Podpisał! Podpisał!
         - Swoje serce oddał - ucieszył się Mściwiec, a Kaczka podpłynęła do Kuby i powiedziała:
               
                                - Będziesz jeździł po świecie
                                  w szczerozłotej karecie,
                                  będziesz noce miał złote,
                                  będziesz złote miał dni,
                                                                               i zapomnisz o matce
                                                                               i zapomnisz o bracie,
                                                                               tobie radość przypadnie,
                                                                               dla nich rozpacz, im - łzy ...

          I tak się stało. Kiedy Kuba podpisał cyrograf, oddał Złotej Kaczce serce i zaraz zapomniał o wszystkim. Karetą pełną złota wyjechał z podziemi, cztery konie złotymi podkowami waliły o bruk, diabły powoziły, ogony schowały pod fraki, rogi pod kapelusze, wesoło trzaskały z bata, a Kuba śpiewał, aż echo leciało po ulicach:
                  
                                  - Mam złote szaty,
                                    złote dukaty,
                                    jestem bogaty,
                                    bardzo bogaty!

          Jechał z takim przepychem, że wszyscy schodzili mu z drogi. Pojazdy zatrzymywały się, a przechodnie kłaniali się w pas, sądząc, że w ten sposób zaskarbią sobie łaskę bogacza i zasłużą na parę groszy rzuconych wielkopańskim gestem przez uchylone okienko karety.
          I tak się złożyło, że na ulicę wyszedł akurat Marcin. Zobaczył karetę, za szybką mignęła mu twarz brata.
         - Kuba! - ucieszył się głośno. - Jesteś, wróciłeś, znalazłeś skarb! Mama wyzdrowieje, kupimy lekarstwa!
         - Precz! - wrzasnął Kuba, a diabły zawtórowały na całą ulicę:
         - A pójdziesz! Huzia! Batem go!
         - Jak to, dlaczego? - rozpłakał się Marcin - Przecież znalazłeś skarb ...
         - Ale serca nie ma - roześmiał się Chciwiec - i z nikim się teraz bogactwem nie podzieli.
         - Płacz, płacz! - świsnął nad głową Marcina bat Mściwca. - W jeziorze muszą być łzy. Dużo łez! Jak ich nie będzie, Złota Kaczka straci swą moc ...
         - Kiedy w jeziorze nie będzie łez, Złota Kaczka straci czarodziejską moc ...  - powtórzył szeptem Marcin i już nie patrzył na odjeżdżającą karetę.
         - Straciłem  brata. Złota Kaczka zabrała mu serce. Ale mnie nie wolno płakać.
Teraz wszystko zależy ode mnie. Teraz ja muszę zdobyć pieniądze na jedzenie i lekarstwa. Pójdę do Złotej Kaczki. Z fujarką pójdę.
            I poszedł. A fujarka śpiewała mu po drodze piosenkę zieloną jak wierzbowe listki  i  nadzieja:
                         
                              - Nie będzie łez, nie będzie łez,
                                nie będą płakać dzieci.
                                Nie będzie łez, nie będzie łez,
                                słoneczko znów zaświeci!

I tak go ta piosenka uspokoiła, że kiedy wszedł do lochu, krzyknął na cały głos, aż echo zadudniło w podziemnych korytarzach:
            - Hej, hej, Złota Kaczko, jesteś tam? Hej, hej, pokaż się!
            - A ty kim jesteś, żeś tak odważny? - zakwakała Kaczka.
Marcin zacisnął na moment powieki, bo go oślepił blask bijący od wody w jeziorze, od  złotych piór Kaczki i korony na jej głowie, a kiedy otworzył oczy, zobaczył obok siebie Mściwca i Chciwca.
            - My go znamy! - wołali jeden przez drugiego.
            - Biegł za karetą.
            - Pozazdrościł bratu bogactwa.
            - Przyszedłeś po złoto? - spytała Kaczka.
            - Tak - skinął głową.
            - A czy jesteś gotów oddać mi swoje serce?
            - Moje serce jest w moich piosenkach.
            - Więc oddaj mi piosenki.
            - Moje piosenki są w mojej fujarce.
             - Wobec tego oddaj mi fujarkę. Tutaj ją rzuć, w jezioro ...

Rzucił Marcin fujarkę do jeziora. I zaraz podpłynęła gondola ze złotą zastawą pełną najprzeróżniejszych przysmaków. Rogate diabły wprowadziły Marcina na pokład i merdając ogonami krzyknęły z wielką uciechą:
            - Z ludźmi się nie podzielisz!
            - Sam się będziesz weselił!
            - Sam? A ja przecież nie sam, tylko z wami. Z wami się weselę i z wami podzielę! - odpowiedział Marcin.
            - Nie możesz się dzielić! Nie wolno! - sprzeciwiły się diabły.
            - Ja wiem - z ludźmi nie wolno, ale wy przecież nie ludzie. Chyba, że te rogi i ogony doklejone ...
            - Coś ty! - oburzył się Mściwiec i Chciwiec - najprawdziwsze na świecie. A my najprawdziwsze diabły.
            - I apetyt też na pewno macie jak wszyscy diabli. Jedzcie, częstujcie się i nie żałujcie sobie - zachęcał Marcin, podsuwając diabłom półmiski. A do każdej potrawy dosypywał garściami sól i pieprz, i nie żałował octu, chrzanu, papryki i musztardy.
            - Ale ostre, co?
            - Diabelnie!
            - Piekielnie!
            - Piekielnie!
            - Diabelnie!
            - Ogień w gębie i w przełyku! - cieszyły się diabły.
            - Może wody parę łyków? - zaproponował Marcin.
[...] Po tych wszystkich słonych i pieprznych, piekielnie ostrych potrawach tak je paliło w żołądkach i takie miały pragnienie, że dyszały ogniem i siarką. [...]
           - Może wody?
           - Oj, tak, tak!
           - Najlepiej prosto z jeziora ...
Półprzytomne ruszyły na brzeg, zanurzyły łby w jeziorze, nie czując, że jest słona, zapominając, że nie ma w nim słodkiej wody, tylko łzy, które same wlały i piły, piły. A Marcin, stojąc nad nimi, przynaglał:
            - Więcej, więcej! Kropelkę, butelkę, flaszeczkę, beczkę, dwie beczki, trzy beczki i jeszcze troszeczkę!
            - Całe jezioro wypiją! - przestraszyła się Złota Kaczka.
W beczce jest tyle łez, że jezioro zaraz się znowu zapełni.
              Podpłynęła Kaczka do brzegu, wyciągnęła szyję, żeby zajrzeć. Nie wiedziała, że beczka jest pusta ... Marcin tylko na to czekał. Raz-dwa przewrócił beczkę do góry dnem, dno przycisnął kamieniem.
            - Hurra! Udało się! Beczka przewrócona. Kaczka uwięziona!
W żaden sposób nie mogła spod beczki wyjść. Szamotała się, szarpała, kwakała. Tak długo się szamotała, aż zleciała jej z głowy złota korona. A gdy zgubiła koronę, straciła czarodziejską moc. Nie wiadomo, co się z nią potem stało. Może siedzi pod tą beczką do dziś? Może w zwyczajną kaczkę zamieniona, uciekła podziemnym korytarzem daleko, daleko - tam, gdzie diabeł mówi dobranoc?
              Ale chyba jednak uciekła, bo niektórzy widzieli pod skarpą wiślaną chłopaka z fujarką goniącego kaczkę.
            - A sio! - wołał. - Już ja cię stąd moją fujarką wykurzę za góry, za lasy, za siódme podwórze!
              Diabły też uciekły. Wypiły całe jezioro, wysuszyły je do samego dna i zniknęły, jakby ich nigdy nie było.
              A co się stało z Marcinem? Ze skarbca, który został na dnie jeziora wziął parę dukatów na jedzenie i lekarstwa dla matki, a resztę zostawił dla innych. Zaraz to ogłosił. Ledwie tylko odzyskał fujarkę, podniósł ją z dna jeziora, przyłożył do ust i zagrał najpiękniej jak umiał. Ludziom na radość.

            - Zaśpiewaj fujarko wierzbowa,
              zaśpiewaj o słońcu nad Wisłą
              i ludzi tu do mnie przyprowadź,
              bo do nich należy to wszystko.

                                                                          Zaśpiewaj najpiękniej, najgłośniej
                                                                          i powiedz w tej swojej piosence,
                                                                          że serce jest skarbem najdroższym,
                                                                          że trzeba je cenić najwięcej.

poniedziałek, 21 września 2015

Legenda o Warsie i Sawie

fragment książki Wandy Chotomskiej pt.: Legendy polskie

       Za siedmioma falami, za siedmioma wirami, w głębi Wisły, w najgłębszej wodzie, w zamku z czarnych korzeni, wśród grążeli, grzybieni, żył przed laty okrut­ny Czarodziej. Brodę miał z wodorostów, zbroję z rybich łusek, z pancerzy raków-skorupiaków, żelazną tarczę i miecz z żelaznym ostrzem. A oczy - zimne jak lód i serce twarde jak nienawiść.
       Nienawidził wszystkiego, co dobre i piękne, małe, słabe i bezbronne. A najbardziej nienawidził ptaków, które śpiewały.
       Kiedy wynurzał się z wody i uderzał mieczem o tarczę - niebo stawało w płomieniach, a on śmiał się głosem podobnym do grzmotu:
- Błyskawice, do ataku!
Podpalajcie gniazda ptaków!
Dąb za dębem, liść za listkiem
niech się w popiół zmienią wszystkie!
Niech się spalą wszystkie drzewa,
niech tu żaden ptak nie śpiewa!

       I tak się zdarzyło, że pewnego dnia, kiedy niebo nad brzegiem Wisły rozgorzało błyskawicami Czarownika, z lasu wybiegła dziewczyna. Sawa miała na imię. W otwartych dłoniach niosła gniazdo pełne piskląt i wołała z płaczem:
             - Panie! Nie zabijaj ptaków! Zlituj się! Pozwól im śpiewać!
             - A wiesz, co ja z tobą zrobię? - przyjrzał się dziewczynie Czarownik.

- Twoje włosy zmienię w liście,
twoje nogi w dwa korzenie,
ani słowa już nie powiesz,
kiedy w wierzbę cię zamienię!

             - Tylko ptaki ocal! - błagała Sawa.
            - A może wolisz, żebym cię w łabędzia zmienił? .. Nie, za ładna jesteś. Masz włosy złote jak błyskawice, oczy zielone jak woda. Zatrzymam cię przy sobie. Będziesz Syreną. Twoje nogi zamienię w rybi ogon, twoje ciało pokryje się łuską ...
          - Ratunku! - krzyknęła Sawa, ale już było za późno. Czar został rzucony. Zły czarownik przemienił dziewczynę w Syrenę i wciągnął do podwodnego królestwa .

... A od tego miejsca daleko, za górami, pagórkami, nad rzeką, w puszczy nad brzegiem Wisły żył myśliwy, który miał trzech synów. Kiedy synowie dorośli, przyszła pora, żeby każdy z nich zaczął samodzielne życie. Ojciec zaprowadził ich na leśną polanę i powiedział:
               - Mam tutaj łuk i strzały. Niech każdy wybierze jedną.
Strzelił najstarszy syn. Strzała wylądowała w legowisku niedźwiedzia.
               - Będziesz myśliwym - powiedział ojciec.
Naciągnął cięciwę drugi. Strzała trafiła w pień drzewa.
              - Ty będziesz bartnikiem - zdecydował ojciec.
Podszedł trzeci. Najmłodszy. Na imię miał Wars. Strzała śmignęła w wodę.
              - Będę rybakiem! - ucieszył się Wars.
Z dębowego pnia zbudował mocną łódź, przez siedem dni ciosał wiosło, przez siedem nocy wiązał sieć. A potem pożegnał ojca i wypłynął na wiślany nurt. Woda sama go niosła. Cicho, spokojnie, sennie. Aż zaniosła pod wiklinową wyspę. A tam - w zielonych wiklinach - łozinach coś się kłębiło, szamotało, szumiało wiatrem i połyskiwało srebrem.
              - Hop! Hop! Jest tam kto? - zawołał Wars.
              - Wiii ... wiii ... widzisz mnie? - odpowiedział ptasi głos. I poskarżył się żałośnie:
- Wiklinowa witka, wiklinowy liść,
uwikłałem się w wiklinach,
nie mogę stąd wyjść!

Rozgarnął Wars wiklinowe gałęzie. Ostrożnie, żeby nie uszkodzić skrzydeł, wyplątał ptaka z uwięzi. I cały czas dziwił się:
              - Głos niby ptasi, ale skrzydła? Wielkie, czyste, przezroczyste ... Jak żyję, nie widziałem takich skrzydeł ... A może to nie ptak? W myślach sobie tak mówił, sam do siebie. A wielki ptak-nie-ptak chyba usłyszał te myśli, bo w odpowiedzi zaśpiewał:
- Jestem Ptakiem - Wiatrem,
królem wszystkich ptaków.
Pomogłeś mi w biedzie,
dziękuję, rybaku.
 Skrzydła mam szerokie
 od ziemi do nieba,
 wezmę cię pod skrzydła,
 gdy przyjdzie potrzeba!
             Odleciał Ptak-Wiatr. Na chwilę rozkołysał skrzydłami ziemię i powietrze, wodę i liście drzew. A potem zaległa cisza. Na niebie pojawił się księżyc, w krzakach rozśpiewały się słowiki. Nadeszła ciepła, majowa noc.
               - Zostanę tu - postanowił Wars.
Podpłynął do brzegu, przycumował łódź.    I nagle - z głębi rzeki wypłynęła Syrena. Włosy miała długie, złote, rozpuszczone do pasa, ogon jak ryba, a głos taki, że zamilkły, zasłuchały się słowiki. Patrzyła na Warsa i śpiewała tak, że każde słowo trafiało mu prosto w serce: 

- Ej, rybaku, popatrz na mnie,
  zaczarował mnie Czarodziej.
   kiedyś byłam piękną panną, 
   teraz jestem rybą w wodzie. 
   Kto się czarów nie przelęknie, 
   kto nie wierzy w żadne gusła, 
  ten mnie złowi w swoje sieci
i opadnie rybia łuska ...

Zmąciła się spokojna woda. Zniknęła Syrena. Skoczył Wars do łodzi, chwycił sieć - patrzy, a na środku rzeki stoi zły Czarownik. Dźwignął się z dna - wielki, groźny. Tarczę z wody otrząsnął, mieczem księżyc z nieba przegonił. Pogroził Warsowi i ostrzega:

                                                                               - Żeby spotkać się z dziewczyną,
                                                                                 musisz siedem fal przepłynąć.
                                                                                 Gdy przeskoczysz siódmą falę,
                                                                                 siedem wirów będzie dalej.
                                                                                 Gdy przez wiry się przeprawisz,
                                                                                 błyśnie siedem złych błyskawic! ...

Spiętrzyła się woda, zakotłowała. Ruszyła na łódź. Fale pod niebo wysokie, wiry głębokie do dna ...
                - Zginiesz, rybaku! - krzyczy z wody zły Czarodziej.
                - Uważaj, Warsie! - woła spod nieba Ptak-Wiatr.
Jest! Przyleciał na pomoc.
                  Uderzył Czarownik w tarczę. Skoczyły błyskawice spod miecza. Siedem błyskawic ruszyło do ataku ... Ale Ptak-Wiatr przeniósł łódź Warsa przez siedem wirów, odgonił siedem fal i przepędził siedem błyskawic. Zakołował skrzydłami, wyrwał Czarodziejowi miecz, wytrącił tarczę. Sawa je podniosła. A Wars już zarzuca na nią sieć, już wyciąga z wody. Skończyły się czary. Opadła rybia łuska. Syrena zmieniła się w dziewczynę.
               - Wars - uczy się imienia rybaka dziewczyna.
               - Sawa - powtarza imię dziewczyny Wars.
A Ptak-Wiatr woła do nich spod nieba:
               - Za siódmą górę i za siedemdziesiątą rzekę przegonię złego Czarownika! Żeby już nigdy nie wrócił! A wy zostańcie tutaj i bądźcie szczęśliwi! Kochajcie się!
               - Kochajcie ... - powtórzyły wiślane fale. I liście drzew, i ptaki, i słońce wstające nad Wisłą. 
                                                                                I tutaj - kończy się legenda - 
                                                                                był sobie chłopak i dziewczyna,
                                                                                i tu, od imion zakochanych, 
                                                                                historia miasta się zaczyna.
                                                                                Na brzegu Wisły zamieszkali,
                                                                                dom zbudowali - Wars i Sawa,
                                                                                i z dwojga imion się zrodziło
                                                                                najmilsze z wszystkich miast - Warszawa.

wtorek, 13 maja 2014

Legenda o Smoku ze Smoczej Jamy

                                                                                               Wanda Chotomska

        Ludzie mówią, że Kraków wywodzi swoją nazwę od Kraka, króla, co pod wawelskim wzgórzem gród nad Wisłą założył, a imię Krak ma ptasi rodowód, bo krukom je zawdzięcza. Widocznie sporo ich tam nad Wisłą było i kiedy nadwiślańskie plemię władcę z grona swojego wybierało, i wszyscy zastanawiali się, jakie imię mu nadać, kruki czarną gromadą nadleciały i tak głośno:
        - Kra... kra! - krakały, że ludzie od razu się zgodzili:
        - Krak! Krak! Niech będzie Krak! Wiwat, król Krak Pierwszy!
        A może nawet któryś z tych kruków był oswojony? Może siedział na ramieniu wybrańca i najgłośniej ze wszystkich: „Kra, Kra!" - wrzeszczał, kiedy królowi imię nadawano?
        Każdy król dostawał jakieś imię. Albo nawet imię i przydomek. Imię na chrzcie, a przydomek później - jak niektórzy królowie, co w dawnej Polsce panowali. Taki Władysław Łokietek na przykład - Władysław miał od chrztu, a „Łokietkiem" nazwano go od ówczesnej miary - łokcia, ponieważ był to król bardzo małego wzrostu. Albo syn jego - Kazimierz Wielki - przydomek zawdzięczał nie tylko wzrostowi, lecz także swoim zasługom. Tyle w Polsce zbudował, że mówiono                
       -„Zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną".
Wiemy o tym od dziejopisów, którzy w swoich kronikach wszystko opisali i datami udokumentowali.
        Ale w czasach króla Kraka, w kraju nad Wisłą, nikomu ani o chrzcie, ani o pisaniu jeszcze się nie śniło, więc żadne fakty i daty nie zostały zanotowane. O jego panowaniu wiemy tylko to, co nam nie historia, ale legenda przekazała. A z legendami - wiadomo jak bywa. Ludzie mówią, powtarzają, ktoś nie dosłyszy, przekręci, doda coś od siebie...
        Więc może i my dodamy od siebie tego oswojonego kruka? Niech siedzi na ramieniu Kraka i kracze, podpowiada do ucha:
      - Kra, kra... Kraina dokoła piękna, ale ludziom domy potrzebne. Załóż gród, Kraku. Zbuduj Kraków!
        Taki był początek. Pod wawelskim wzgórzem powstał gród a na wzgórzu - królewski zamek. Legenda zawsze mówi o Kraku - król, a o jego siedzibie zamek, choć tak naprawdę ani zamków nie umiano jeszcze w owych czasach nad Wisłą budować, ani Krak nie był królem. Co najwyżej - księciem czy kniaziem, władcą plemienia Wiślan. Ale skoro w legendzie jest król i zamek, to i my będziemy tak mówili.
        Pod rządami Kraka ludziom początkowo żyło się dobrze - gród tętnił życiem, jego mieszkańcy zajmowali się handlem, rzemiosłem, na nadwiślańskich błoniach wypasali stada owiec i baranów. Na świat przychodziły dzieci, przybywało mieszkańców.
        Król też się ożenił, urodziły mu się córki. Na pewno córki. O synach żadna legenda nie wspomina, a córki były chyba dwie. Krakowski kronikarz Wincenty Kadłubek w swojej „Kronice polskiej" zanotował podanie o córce Kraka - Wandzie, która skoczyła do Wisły, bo nie chciała wyjść za Niemca, a bohaterka naszej legendy do Wisły na pewno nie skakała i spokojnie wyszła za mąż.
No, może niezupełnie spokojnie, ale nie zajmujmy się na razie Kadłubkiem i Wandą, bo sprawy i tak nie rozstrzygniemy, tylko wracajmy do naszych baranów. I owiec, które wypasali poddani króla. Bo w królestwie Kraka coś się zaczęło psuć. Owce ginęły z pastwisk, a siedzący na królewskim ramieniu kruk coraz częściej krakał:
      - Kra... kra!
      - Kradzież... - domyślali się poddani. - Kruk o kradzieży kracze. Ktoś kradnie nasze owce! Złodziej się na pastwisko ukradkiem w nocy zakrada, zbój jakiś co owce porywa! Za kraty by go trzeba wsadzić!
        A inni, patrząc ponuro na siebie, spluwali przez ramię i szeptali jeden do drugiego:
      - Żeby nam tylko ten kruk większego nieszczęścia nie wykrakał...

        Ale wykrakał. Oprócz owiec zaczęły ginąć dziewczyny - w grocie pod wawelskim wzgórzem zamieszkał Smok. Nie wiadomo, skąd się tam wziął. Jedni mówili, że z gór Wisłą przypłynął, inni, że z dołu, z piekielnych czeluści, podziemnymi lochami na wierzch się wygramolił. W grocie siedzi, ogniem zionie i jak tylko obok groty pojawi się jakaś panna - to już po niej.
Ludzi ogarnął strach. Na próżno rodzice ostrzegali córki:
- Nie wychodźcie z domów. Uważajcie!
Dziewczyny - jak dziewczyny. Jedne zapominały o przestrogach, inne biegły nad Wisłę z ciekawości - żeby chociaż z daleka zobaczyć, jak też ta straszna bestia, ten potwór, co dziewczyny do jamy wciąga, wygląda... Żadna nie wróciła.
        Kobiety płakały, mężczyźni naradzali się - co robić? Jak wypędzić Smoka z jamy, zgładzić, albo wygonić z Krakowa? Żaden nie wiedział. Król też nie. Zamknął się w zamku, córkę w sąsiedniej izbie zabarykadował i myślał, myślał, myślał...
        Tylko, że z tego myślenia nic nie wychodziło. Poza dworzanami, którzy w popłochu pakowali manatki i uciekali z królewskiego dworu jak szczury z tonącego okrętu. Nie wiadomo, czego się więcej bali - Smoka czy ludzi, którzy zniecierpliwieni bezradnością króla, zaczęli się buntować i skandowali pod królewską siedzibą, co sił w płucach:
      - Fora ze dwora! Fora ze dwora!
        Jak król ze Smokiem się nie upora,
        to mu powiemy: FO-RA ZE DWO-RA!
Kruk krakał złowieszczo, że król stoi na krawędzi i lada chwila straci królewską posadę. Król dygotał ze strachu. Nie jadł, nie pił i nie spał. Berło wyturlało mu się z rąk, tron się pod nim trząsł...
        Aż się królewna zdenerwowała, bo miała tego wszystkiego powyżej uszu, tupnęła nogą i krzyknęła:
      - Wychodzę!
      - Dokąd? - jęknął Krak.
      - Najpierw z komory, w której mnie zamknąłeś, a potem za mąż. Za tego, kto zgładzi Smoka - wyjaśniła córka.
      - Jak tata rozgłosi tę wiadomość na cztery strony świata, na pewno znajdą się chętni.
Zaraz się znaleźli. O bogactwie króla i urodzie królewny krążyło tyle opowieści, że natychmiast przybyli do Krakowa. Konno. Z pieśnią na ustach:
      
          - Pędzimy na koniach
            zakuci w pancerze,
            pancerni i wierni
            odważni rycerze.
                                          A każdy ma tarczę
                                          i każdy ma miecz,
                                          bo walka ze Smokiem
                                          rycerska to rzecz.
            A konie cwałują
            na złotych podkowach
            do grodu Krakusa,
            do miasta Krakowa.
                                           I każdy z rycerzy
                                           wytęża już wzrok
                                          - ach, gdzie jest ta bestia?
                                          Ach, gdzie jest ten Smok?

Ale gdy Smok wylazł z jamy, wszyscy na jego widok krzyknęli tylko jedno słowo:
      -  Zjeżdżamy!
Tumult się zrobił przeokropny, Smok bluznął ogniem, rycerze pogubili tarcze i miecze, ludzie zaczęli śmiać się, krzyczeć i gwizdać.

         A najgłośniej śmiał się i gwizdał szewczyk, Dratewka. Pędził przez zamkowe podwórze, śmiał się:
      - Tchórze! Tchórze! Nie rycerze, tylko tchórze! - i bardzo głośno gwizdał na palcach.
A potem wpadł do kuchni i już nie głośno tylko po cichu gwizdnął palcami ze skrzyni dworskiej kucharki miarkę siarki. W pędzie minął królewnę, szur-szur - powiedział jej coś na ucho, królewna zrozumiała, oczy jej się zaświeciły i też zaczęła gwizdać. Najpierw dwa razy z podziwu dla urody i pomysłowości szewczyka:
      - Fiu! Fiu! - a potem - fiuuu! - wpadła jak burza do komnaty króla, fiuuu! - zdarła z ojca baranicę, fiuuu! - rzuciła ją Dratewce. I jeszcze pomogła mu królewski kożuch przenicować, odwrócić go baranimi kudłami do wierzchu.
        A szewczyk raz-dwa uformował z baranicy barana, nafaszerował go siarką, zaszył dratwą i podrzucił Smokowi.
      - Proszę, proszę, niech się Smok nie krępuje, niech się Smok poczęstuje...
Legenda mówi, że kiedy Smok zjadł barana wraz z nadzieniem, z paszczy buchnęły mu płomienie i miał tak siarczyste pragnienie, że:
           
                     Przez lat siedem wodą z Wisły
                     gasił z jękiem pożar szczęk,
                     w ósmym roku stracił zmysły
                     i z okropnym hukiem pękł!

A co się stało z królewną? No cóż:
                                                          Szewc królewnę wziął za żonę
                                                          i choć królem potem był,
                                                          szewski warsztat miał pod tronem
                                                          i poddanym buty szył.

        Na weselu wszyscy tańczyli. Oczywiście krakowiaka. Na czele z krukiem króla Kraka. A niektórzy opowiadali potem swoim wnukom, że to właśnie ten królewski kruk wykrakał im zakończenie legendy. O tym, jak to szewc, co stał się królem, szył buty poddanym...